Muszę co jakiś czas dotknąć własnej Ziemi, Ojczyzny, powąchać jej zapach i odzierając ją ze wszelkich polityczno-społeczno-aferowych wątków, cieszyć się nią, wąchać i być przez chwile jej częścią. To mnie oczyszcza, dodaje sił, energią otacza i po prostu pozwala wytrwać dalej w tym co już niebawem dobiegnie końca. Teraz już nie o ciężką pracę idzie ale o cierpliwość i godność w trwaniu na emigracyjnym garnuszku.
Lecę do NIEGO, do nich... do Przyjaciół, do owoców na straganach, do uśmiechów najlepiej na świecie znanych, do korków w stolicy, do dróg nieukończonych, do kierowców co to nie będą lubili mnie na rowerze przed maskami ich samochodów... Lecę uskrzydlona.
Czasem los kopie nas w tyłek, w zad. I to nie po to aby dać siłę na rozpęd ale po to by doświadczyć, by sprawdzić, by nas przeegzaminować. My widzimy już horyzont, koniec, i to na dodatek szczęśliwy a Opatrzność robi wielkie stop, szlabanem nas odgradza od upragnionego i koniec, nie ma opcji. Energia siada, powietrze uchodzi i choćby się dać pokrajać żywcem nie da się i już. A bo to czynnik ludzki zawiódł, a bo to hamulec wewnętrzny odmówił posłuszeństwa albo po prostu woda się z nieba leje i klops.
Jelenie na drodze ujrzane nieco poprawią humor, księżyc w pełni kąciki ust do góry uniesie, głos ukochany usłyszany o zmierzchu lub świcie wprawi w ruch silniejsze serca bicie.
Są sytuacje, których przeskoczyć się nie da i którym trzeba z klasą i mądrością stawić czoło. A że emocje czasem ponoszą, a że nie zawsze ta klasa jest na miejscu a mądrość do lasu idzie to już inna sprawa. Ale doświadcza nas Najwyższy nie bez przyczyny. Daje nam kolejne szanse, wskazuje lepsze rozwiązania, podsyła na ścieżkę dobrych ludzi, serca kruszy i złość na drobny mak tłucze.
Budowa wielkiej czy mniejszej budowli to zadanie odpowiedzialne i tu nie ma miejsca na zbędne kompromisy. Trza iść za intuicją, trza słuchać serca, serca człowieczego i budowniczego. Czasem każde z tych serc w innym kierunku chodzić chce ale tak trzeba im szlaki utorować aby się spotkać mogły na krzyżówce ponownie, tylko po to, by potem pójść razem w kierunku wspólnie obranym jedynym i dobrym.
Dla tych wszystkich, którzy są z nami, rozumieją, wspierają, wybaczają błędy, wysłuchają, przemówią i doradzą, zaakceptują i przytulą ... wielkie DZIĘKI!
Jolę znają prawie wszyscy, prawda? A jeśli są jeszcze tacy, co jednak nie to niech prędziutko zaglądają TUTAJ. Jola to człowiek wyjątkowy, wybitny, dobry i bezpośredni. Od Joli można rzec, wiele się dla nas zaczęło. Jola okazała nam serce, serdeczność, uśmiech, piękną i niezapomnianą gościnę a także dała wiele bezcennych rad. Zresztą nie tylko nam, bo wiem, że jest więcej osób, dla których Jola i jej Jolinkowo to niezapomniana atmosfera, którą naprawdę trudno powtórzyć gdziekolwiek indziej.
U Joli się siedzi i gada i mimo iż widoki piękne za oknem, szlaki pociągające, wiatr włosy rozwiewający to nadal się siedzi i chłonie ten klimat, te słowa, te opowieści. Z Jolą po paru minutach gada się jak ze starą wspaniałą kumpelą, zwierza jej się z najintymniejszych spraw i po prostu obecność u niej jest tak cenna, że szkoda to psuć i zakłócić czym innym. No chyba, że spacerem z Jolą i jej kozami po łące.
Jola swego czasu zadała nam kilka trudnych pytań, które kołaczą mi się od czasu do czasu po głowie, a na które odpowiedzi znam ale odpowiedzialność za nie, często sprawia, że mam gęsią skórkę. I dobrze bo to trema przed rozpoczęciem nowego.
Jola walczy! Jola walczy o nową koziarnię dla swoich kóz. Ma ich trochę i to są jej najbliżsi towarzysze doli i niedoli. Przyjaciele, poprawiacze humoru i cel, dla którego wstaje rano i kładzie się spać wieczorem. Śliczne buźki, delikatne usteczka, czarujące oczęta. Fidel, Hrabianka, Hela, Gala i Lutek czekają na nowy domek. Ten stary już jest dla nich za mały, jest zużyty, już się nie daje im bezpieczeństwa w 100% bo zima kolejna przecież idzie i gniazdo im trzeba nowe uwić, żeby ciepło było w kozie kopytka, w kozie cztery literki, żeby nowe maluchy nie pomarzły i miały po prostu godne warunki.
Jest taki projekt, który zowie się Polak Potrafi. Jola właśnie tam prezentuje swoje stadko i stara się zebrać fundusze na nowy domek. Nie są to małe pieniążki ale jeśli wesprzemy ją choćby minimalną kwotą to ta sumka szybko urośnie i prace nad nowym domem dla koziej rodzinki będą mogły się rozpocząć jak najszybciej.
My mieliśmy szczęście poznać Jolę parę lat temu i do dziś wspominamy to spotkanie z łezką w oku. Wsparliśmy jej projekt bo wiemy, że warto!
A teraz (dla tych co nie znają) przedstawiamy WAM tę bohaterkę czyli JOLĘ i przyłączamy się do Jej apelu o pomoc. Jestem pewna, że Polak Potrafi! Nie odkładajcie tego na potem tylko klikajcie i zróbcie co Wam serducho dyktuje. Aaaaa no i jest moc pięknych gadżetów do odebrania w chwili gdy projekt ujrzy światło dzienne. To tylko tak na zachętę, ale wierzę, że nie trzeba kusić Was błyskotkami. :-)
Do wszystkiego w życiu trzeba dojrzeć..... lub też nie. :-)
Zmiany nie przychodzą łatwo. Najlepiej krok po kroku bo drastyczne zwroty akcji bolą i szybko zniechęcają.
Dziecięciem będąc krzywiłam się na wszelakie ziółka. Mięta jeszcze przechodziła. Reszta była gorzka i feeee oraz śmierdziała. Mama była w ziołach zakochana i piła ich wiele, czytała, mniej zbierała ale zioła w domu były mocno obecne. Mój nastoletni bunt (bo takowy miał miejsce a jakże), dyktował mi najbardziej wyrafinowane prychnięcia na zapach jakiegokolwiek zioła zaparzonego przez mamę. Jej propozycje kwitowałam tak jak kwitowałam i generalnie nie lubiłam i kropka.
Człowiek się zmienia, czyta, dojrzewa, poznaje ludzi, podpatruje, zerka, wzbogaca wiedzę i co zrobić... głowę schylić musi nisko i z pokorą i przyznać mamie rację nad racjami - zioła to Bogactwo, to Królestwo, to Apteka Boża.
Nie raz mi pomogły, nie raz wyleczyły np. wtedy gdy tzw. tradycyjna medycyna, nie dawała rady.
Zioła dają ukojenie, relaks, spokojny sen ale i ... podsycają smak potraw, podkreślają to co najwartościowsze, upajają aromatem. Zioła stały się już dawno temu podstawą w mojej kuchni, sadzę je na balkonie, a najbardziej jestem dumna z tych, które udało mi się wysiać z nasionek i które dały radę i rosną w górę i po prostu mi służą.
Zagłębiam się ostatnio w zielarskie lektury, bo powieści mi jakoś nie wchodzą.
Wiedza o ziołach miesza się jeszcze w głowie ale tworzą one wybitną mieszankę aromatów, które koją mnie i przenikają samą swoją obecnością do układów wszelakich i wierzę, że mnie po prostu chronią.
Marzy mi się już udać z koszyczkiem na łąkę, do lasu i dalej uczyć się, rwać, zbierać, suszyć, parzyć lub w innej postaci wykorzystywać ziół bogactwo.