wtorek, 17 stycznia 2012

o nas w punktach

Została mi dziś, w sposób żartobliwy rzecz jasna, zwrócona uwaga że za mało piszę ostatnio na blogu. Czy za mało? Nie wiem, z pewnością piszę wystarczająco jak na to ile mi się chce pisać i ile się dzieje w naszym życiu. Ale istotnie... jakoś tak mi chwilowo zwyczajnie albo się nie chce, albo winą mogę obarczyć pogodę albo jeszcze poświąteczne rozleniwienie.
Nie mam przecież zamiaru zanudzać tu nikogo informacjami dość banalnymi o tym, co godzina po godzinie dzieje się w naszych nudnawym ostatnio życiu. Nudnawym dla innych bo w sumie nam w tym domowym ciepełku jest nam nie najgorzej.
No ale skoro już tak zaczęłam, to postaram się pociągnąć ten temat i wyłuskać z tego parę wieści, którymi już dawno chciałam się może i podzielić ale nie wiedziałam czy... warto. 
1. Oglądamy sporo filmów i z tych DOBRYCH mogę Wam polecić "Noce w Rodanthe" z Richardem Gere oraz "The Notebook" z Ryanem Goslingiem, pod którego wrażeniem jestem od dawna, a także "Sanctum".
2. Zrobiłam prawie całą kamizelkę na drutach dla JEGO mamy ale okazało się, że w ilości oczek na przodzie zrobiłam skandaliczny błąd obliczeniowy i przód został w całości spruty, więc jak powstanie owa kamizelka to się pochwalę.
3. ON ma coraz więcej zleceń, jeszcze na razie nie wszystkie są stałe i nie tyle ile byśmy chcieli ale ... nie od razu Rzym zbudowano.
4. Codziennie przejeżdżam koło salonu samochodowego i za każdym razem sobie wzdycham i mówię pod nosem "ech, jak byśmy mieli takie jedno autko, to byśmy je sprzedali i od razu na POLANĘ byłoby nas stać", a potem jak już zostaje ten salon za moimi plecami to wracam na ziemię i dalej zmagam się z naszym niemieckim kieratem. :-)
5. Wiem już na 100%, że moje rozleniwienie związane jest z zimową porą i mniejszą ilością czasu spędzaną na rowerze. Rower bowiem daje mi dużo energii, pozwala obserwować świat, zmusza do rozmyślań i refleksji, jest moją mantrą a także prowokuje to pisania kolejnych postów na tym blogu: z wieści rowerowych donoszę, że kormorany nadal we Frankfurcie choć rozkminiły śluzę na Menie i niczym rybitwy pilnują teraz bram wjazdowych do miasta drogą wodną. 
6. Od początku roku śpimy z NIM na podłodze bo... nasze/nie nasze łóżko w tym mieszkaniu pokonało mój niezbyt prosty /żeby nie powiedzieć "skręcony w chińskie S"/ kręgosłup. Oczekujemy na nowe łóżko, które zakupiliśmy w zeszłym roku ale czekamy na jego realizację.
7. Czarny grubaśny NASZ KOCUR nabawił się świerzbowca w uszach. Skąd go przywiało to nie mam pojęcia, ale wiem na 100%, że to świerzbowiec bo miał go kocięciem będąc. Na razie czyścimy ucho wacikami do uszu i aplikujemy pewną uzdrawiającą oliwę. Wygląda na to, że jest ciut lepiej. Niestety domowych sposobów na usuwanie tego pasożyta w necie się nie doszukałam. Kocur jest dzielny a my z powodu chwilowej niedyspozycji, rozpieszczamy go jeszcze bardziej niż zwykle. :)
8. Generalnie to niech już będą dni dłuższe i cieplejsze.
O!
 

niedziela, 15 stycznia 2012

spokój

Nastał w naszym życiu spokój. Tak jakby jednak z końcem roku odeszły /mam nadzieję, że bezpowrotnie/ wszelkie stare nieporozumienia i konflikty. Tak jakby te robale, o których pisałam w grudniu, wreszcie zostały wytępione i odeszły sobie gdzieś w siną dal.
Teraz pozostaje nam już tylko walka o nasze jutro czyli o Naszą Polanę i jej jak najszybszą realizację. W związku z tym ON jest chwilowo z mniejszą ilością pracy bowiem, po szybkich kalkulacjach rzucił pracę w hotelu i zdecydował się działać tak jak ja czyli na własną rękę. Ogłoszenie do prasy dane, od jutra czekamy na telefony i zlecenia. Stawka za godzinę będzie znacznie wyższa niż hotelowa i oby tylko zleceń pojawił się cały wór.
Father rozpoczął pracę dwa dni temu. Remonty, szpachlowania, tapetowania i takie tam inne, co father ma w małym palcu. Niestety w naszym małym pomieszczeniu, zwanym tutaj roboczo domem, panuje wirus i choć póki co, trzymamy się razem z NIM w zdrowiu, to jednak father na stanie podgorączkowym leci od nowego roku, więc uprawiamy tak zwaną profilaktykę.
Zainspirowana koktajlem autorstwa mej serdecznej Izuli Werbikowej na facebooku, dokonałam dziś własnej wersji i tak oto polecam Wam koktajl zdrowia, który spożyliśmy dziś w grupie.
Aby wypić taki oto trunek należy zmiksować: cytrynę pokrojoną w cząstki, natkę pietruszki, dwie mandarynki, kawałek imbiru pokrojonego oraz opcjonalnie łyżeczkę cukru. Następnie to wszystko zmiksowane mieszamy także za pomocą miksera z wodą mineralną. Smakuje wybornie. Nawet dla tych, którzy nie lubią smaku natki jest to wskazany napój, bowiem natki w nim nie czuć.
Dla wszystkich zakatarzonych to obowiązkowe lekarstwo a dla reszty wspaniały eliksir zdrowia.

A na koniec to jeszcze chciałam się pochwalić, że wczoraj byliśmy z wizytą u mojej mamy. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ja pojechałam sobie autem a on przejechał 82 km w 4 i pół godziny /sic!/ na swoim rowerze. Taki miał plan, taką miał potrzebę. Chciał pewnie chwilkę pobyć sobie sam ze sobą, zmierzyć się z terenem i nabrać krzepy. Ale przyznajcie, że czas miał dobry, co? :-)
Takiego zawsze aktywnego chłopa chciałam mieć no i mam. :-)
A obiad potem u mamy był totalnym szałem i absolutnym rajem dla podniebienia. Może kiedyś zamieszczę przepis wraz z fotorelacją. Dobrej niedzieli!!!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

w sumie to nic się nie zmieniło

Dni są szare tak samo jak były. Pada albo nie pada, ale słońca nie ma. Ja siedzę i dziergam albo przeglądam coś w sieci. Wieczorami oglądamy filmy a w dzień naturlich, że praca. Wszystko tak jak było w grudniu czy w listopadzie, tylko perspektywa kolejnej wizyty w Ojczyźnie jakaś taka bardziej odległa. No, bo kolejne kroki w stronę wschodu postawimy zdaje się w okolicach maja. ON będzie miał w rodzinie komunię a ja będę MU towarzyszyć i przy okazji odwiedzać tych, któtych tak dawno nie widziałam.
Bardzo chciałabym przy okazji tej wizyty po pierwsze wreszcie odwiedzić JOLINKOWO i pozglądać inne jeszcze tereny górzyste, bo w sumie to kto powiedział, że NASZA POLANA koniecznie musi być na Dolnym Śląsku? Nikt! Co prawda ON z Dolnym Śląskiem związany jest i był i będzie i pewnie w efekcie TAM będziemy szukać ale warto spróbować wszędzie. Takie moje zdanie.    
Martwią mnie, tak jak chyba większość rozsądnie myślących ludzi, te kwitnące forsycje i kiełkujące wiosenne rośliny. Wczoraj na spacerze widzieliśmy już wychylające się z gleby listki krokusów. Na sąsiadujących z naszym domem ogródkach działkowych, odkryliśmy, że wiele z warzyw jeszcze w ziemi, a nać pietruszki nawet nie zmarznięta była.
Chodzę codziennie do pracy ubrana w ciepłą czapę i polarowe rękawiczki, po czym zaraz po wyjściu z domu orientuję się, że to ubraniowa pomyłka i się rozodziewam. A potem z rana od nowa to samo.... no przecież styczeń jest, nie???
Logiczne chyba to moje myślenie.
Ale gucio!!!
Mikołaj przyniósł kije do nart biegowych /narty pewnie w przyszłym roku, bo przecież oszczędzamy :-) i ja to absolutnie rozumiem /no i może i dobrze, że same kije bo się chociaż na spacerze człek poodpycha, no bo poślizgu żadnego na deskach czy też bez nich, nie uświadczysz.
No i tak sobie żyjemy z dnia na dzień, wzbogaceni tymczasowo o nowego mieszkańca naszych parudziesięciu metrów kwadratowych, w postaci mego rodzonego Ojca, który to postanowił także jakąś tam swoją POLANĘ a może inną ŁĄKĘ życiową tutaj odnaleźć. No, jak się nie da w kraju, to trza gdzie indziej i uważam, że choć odważną to dobrą decyzję był podjął. Jeśli możecie to trzymajcie za niego kciuki. :-)

 

sobota, 7 stycznia 2012

powrót do rzeczywistości

Co mogę powiedzieć??? Było cudnie.
Było nawet trochę zimy, były wspaniałe święta, beztroskie rozmowy, spotkanie z przyjaciółką i jej rodziną, harce po górskich szlakach, była mgła, był deszcz ale i słońce. ON szusował po stokach Zieleńca a ja z powodu przeszczepionego wiązadła w kolanie niestety nie i w tym czasie, uprawiłam z tatą inny sport, mianowicie "spożywanie grzańca z widokiem na wyciąg narciarski". W sumie mogę powiedzieć, że nawet trochę się zmęczyliśmy :-). No ale było pysznie i aromatycznie.

Kocur był na wyjeździe z nami /podróż w jedną i w drugą stronę przeżyła na relanium :-)/ i prawie już zaprzyjaźnił się z 4 - miesięcznym Wieśkiem vel Piko czyli z kotem, którego podczas poprzedniego naszego pobytu w Polsce przywieźliśmy JEGO mamie ze Stronia Śląskiego. Niestety proces zaprzyjaźniania się został przerwany ... no bo trzeba na Naszą Polanę znów zarabiać, nie? :-) No!

Na dodatek mocno się rozleniwiliśmy, więc powrót do rzeczywistości jest mocno bolesny ale i pełen nadziei. Otóż pewne zobowiązania finansowe /niestety nieuniknione/ zostały z końcem roku WRESZCIE na AMEN zamknięte i możemy już teraz z czystym sercem odkładać JURKI stricte na NASZ CEL czyli na NASZA POLANĘ. To dodatkowo dodaje mi/nam skrzydeł. Poza tym jest parę postanowień noworocznych, którymi mam zamiar się tutaj podzielić, bo przecież rok temu też tak się stało.... baaaaaa.... postanowienie noworoczne było tytułem pierwszego mojego posta.
1. Rzuciłam mięso.... czyli wyrzuciłam je ponownie ze swojego jadłospisu.
2. Zaczynam naukę niemieckiego.
3. Kontynuujemy realizację postanowienia z zeszłego roku czyli tworzenie NASZEJ POLANY, co oczywiście powinno było znaleźć się na pierwszej pozycji ale jest to dla nas tak oczywiste, że kolejność nie ma znaczenia. Pomysł ten co prawda przez rok trochę ewoluował, ale w zasadzie sami do końca nie wiemy jaka będzie droga do stworzenia NASZEJ POLANY. Jedno jest pewne - ONA POWSTANIE.

no, to chyba tyle z tych ważniejszych.
Nie zamierzam sama siebie oszukiwać i zawsze staram się postanawiać coś realnego do realizacji. :-) A to wszystko to przecież banał. :-)))

Od początku prowadzenia tego bloga jeszcze nigdy nie miałam takich zaległości i w pisaniu oraz tym samym w czytaniu zaprzyjaźnionych blogów. Powodem tego rzecz jasna był nasz wyjazd do Ojczyzny i zapomnienie totalne o rzeczywistości. Ale mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Zaraz zrobię sobie wieczorną wycieczkę po ulubionych zakątkach Polski :-) i wczytam się w Wasze przed, po i między świąteczno-noworoczne historie. Jeszcze tylko pochwalę się swoimi robótkami drucianymi, które wreszcie mogą ujrzeć światło dzienne, bowiem zostały już wręczone przez odpowiednie mikołajowe elfy z okazji wiadomej.

rękawiczki dla JEGO brata, który para się w życiu pobudzaniem do życia wielkiego instrumentu zwanego kontrabasem
 ocieplacz na kubeczek /zainspirował mnie któryś z blogów, ale błagam.... nie pytajcie, który/ dla mojej Patki :-)
 mitenki dla Mamuśki
 czapeczka dla naszej chrześnicy
 mitenki dla córki Patki, której imię rozpoczyna się na literkę T :-)
 i dla jej siostry, a mojej drugiej chrześnicy, której imię.... no właśnie :-)
 a tutaj widoczek z Błędnych /obłędnych/ Skał, gdzie w chmurach i po oblodzonych kamieniach i deskach eksplorowaliśmy te wspaniałe tereny
 oraz przyrząd za pomocą, którego uprawiałam z tatą ten ciężki sport, po którym niestety następnego dnia boli trochę głowa.
  a wczoraj.... :-) MINĄŁ ROK odkąd TU z WAMI JESTEŚMY. :-))))) i dobrze nam tu. :-)