środa, 18 listopada 2015

to COŚ co dają nam ONE

Gdy pojawiła się perspektywa samotności w samotni od razu wiedziałam, że oprócz towarzysza Niuniola muszę mieć koło siebie innego jeszcze czworonoga a mianowicie psa.

Gdy miałam lat 8 mama przyprowadziła do domu pieska, który przybłąkał się do niej do pracy w samym centrum Warszawy. Uznając, że jestem już na tyle duża i .... odpowiedzialna, że dam radę... wzięła i poszła w godzinach pracy po smycz i zabrała psa do domu. W sumie powinnam być wdzięczna za tę kolejność bo to zazwyczaj dzieci proszę o zwierzątko a rodzice zazwyczaj szukają sposobu jak tego uniknąć. U mnie na szczęście mama od dziecka była psiarą i tak zostało Jej do dziś.

Ja zawsze chciałam żeby mój pies miał na imię Cypis. Nie wiem skąd mi się to wzięło ale bardzo chciałam. Jednak gdy tylko nadałam nowemu kompanowi owo imię, pies wyskoczył na balkon i ostro obszczekał naszego sąsiada, którego balkon znajdował się pod drugiej stronie przepierzenia. No i sąsiad zapytawszy jak pies ma na imię, odpowiedział, że do niego to raczej pasuje Rumcajs bo taki z niego rozbójnik. No i został Rumcajsem do końca swoich dni bo w istocie rozrabiaką był jakich mało. Szczekał na wszystko i wszystkich. Z ludzi z zewnątrz, z tego co pamiętam akceptował jedynie moją chrzestną matkę, przyjaciółkę mojej mamy oraz moją jedną koleżankę z liceum (czyli dopiero wiele wiele lat później). Podczas wizyt innych gości Rumcajs zamykany był w ... łazience bo mieszkaliśmy wtedy w kawalerce.

Rumek już na samym wstępie nie był psem idealnym. Zniszczył nam kilka par butów, pogryzł parę książek (ale wtedy nie przepadałam za czytaniem więc spłynęło to po mnie), podrapał wyszarpany przez mamę ze szpon komunizmu, rumuński czy też węgierski komplet wypoczynkowy, gryzł systematycznie kolejne swoje koszyki wiklinowe, które stanowiły jego leżankę ALE był przekochanym towarzyszem naszego rodzinnego życia i jego lisią mordkę będę pamiętać do końca życia. Jeździł z nami na wakacje. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek był dla nas kulą u nogi choć wiadomo, że mogło być łatwiej ale nie było.
Największą metamorfozę w temacie Rumcajsa przeszedł chyba mój tata, który wcześniej jakoś za psem niekoniecznie optował i jego pojawienie się w domu przyjął na spokojnie choć bez entuzjazmu. W kolejnych latach wspólnego życia z Rumcajsem, tata przeobraził się wręcz w miłośnika psów a spacery z nim wspomina z nutką sentymentu do dziś. Rumek był znajdą, najprawdopodobniej skrzywdzoną przez los, czyli przez ludzi i trauma, jaka towarzyszyła mu przez całe życie, była również naszą traumą, którą znosiliśmy w imię miłości dla tego zwierzaka. Można śmiało użyć stwierdzenia, że wychowałam się z Rumcajsem i wiele empatii oraz szacunku dla zwierząt zawdzięczam właśnie jemu. Gdy odszedł, żałoba była wielka i trudna.

Przez dwa lata nie umiałam podjąć decyzji o nowym psie a ponieważ mój tryb życia był w owym okresie, że tak powiem... intensywny, po pewnym czasie zdecydowałam się na kota i tym kocurem był kolejny wielki przyjaciel Bambo. Bambo był królem, spokojnym kocurem, który wydawałoby się widzi i wie więcej niż my. O Bambo było wiele już na tym blogu więc ograniczę się do stwierdzenia, że wprowadził mnie on w świat koci i wszystko co wiem o kotach wiem dzięki niemu. Chociaż nie... nie można tu pominąć roli Pani Hani - Sąsiadki z bloku, która to koty kocha miłością wielką a naszego Bambo chciała pewnego dnia nawet ode mnie wydzierżawić bo faktycznie spędzał więcej czasu u Niej niż u mnie. Ja... szalona, rozpędzona, towarzyska i zaimprezowana często do bólu, żyłam długo ze świadomością, że koty to indywidualiści i nie potrzebują tak bardzo obecności człowieka jak psy, więc siedział Bambo często sam w domu. Do chwili gdy zapoznał się z Panią Hanią przez przepierzenie balkonu (tym razem z drugiej strony). Jednym słowem umiał się urządzić. A Sąsiadka poświęcała Bambo wiele czasu, więc przyszedł moment, że wolał być u Niej niż u mnie. To mnie nieco otrzeźwiło. I nauczyło wiele na przyszłość a skorzystał na tym baaardzoooo kolejny przyjaciel a mianowicie Niuniol, którego matką chrzestną jak wiadomo jest Megi i która wreszcie Niuniola minionego lata poznała bo do tej pory wirtualną matką była, jak na blogowe życie przystało. Niuniolek jest moim kocim oczkiem w głowie, ma swoje miejsce w łóżku i jestem w stanie dla niego spać w nie do końca wygodnej pozycji, byle jemu było wygodnie. Jest mniejszy od Bambo ale jakimś cudem miejsca do spania potrzebuje więcej niż jego poprzednik. Uwielbiam jego spokój, spojrzenia, reakcje, pozycje w trakcie spania podczas całego dnia. Wystarczy spojrzeć na to rude futerko i nawet zachmurzony dzień nabiera promieni słońca. Jest wielką wartością w naszym życiu i wierzę mocno, że oprócz Megi palce w tym maczał również Bambo z zaświatów bo prosiliśmy go o wskazanie odpowiedniego kota na jego miejsce.

Dziś kolejnym przyjacielem jest Bronek, Bronisław, Bronuś, który jest podczas tej mojej samotnej przygody wspaniałym towarzyszem i rozbrajającym dowcipnisiem, który autentycznie potrafi się uśmiechać. Ogromnym wyróżnieniem dla mnie jest fakt, że po tak krótkim czasie jest już do mnie niezwykle przywiązany a każde rozstanie wiąże się z jego smutkiem na twarzy. Tak, bo zwierzęta mają twarze, z których można wyczytać bardzo wiele, jeśli tylko jesteśmy uważnymi obserwatorami i jestem pewna, że każdy kto ma za przyjaciela jakiegoś zwierzaka, przyzna mi rację.

Bronuś jest ze mną wszędzie. Gdy czytam na łóżku on leży obok, gdy przesiadam się do stołu, on grzeje moje stopy, gdy robię coś w kuchni, siada przy mnie, a najbardziej uwielbia prace na zewnątrz i czas, który możemy dzielić razem na spacerze. Zerkam na niego podczas wieczornej lektury i patrzę jak biegnie przez sen, jak mlaszcze, jak sapie i popiskuje. Niech mi ktoś powie, że zwierzęta nie śnią. Niuniol odkąd pojawił się Bronek ma na twarzy komiczny wyraz pt "jeszcze tu jesteś?", "naprawdę nie wiem co ona w Tobie widzi", "Dżizas co za gość, jak można tak szaleć, skakać i jarać się na myśl o spacerze, zero opanowania, dramat!!!" Sarkazm i ironia nie opuszczają Niuniola i mimo iż chłopaki raczej przyjaciółmi nie są (choć Bronek podejmuje próby ale z uwagi na te okazywane emocje, chyba nie ma szans) to jednak żyją w ogólnej zgodzie i śpią w odległości 0,5 m od siebie, co też mnie mocno wzrusza.

Są ludzie, którzy twierdzą, że nie lubią zwierząt, że nie potrzebują psów ani kotów w domu, że śmierdzi, że kupy trzeba zbierać, że kłaki fruwają, że .... no minusów można znaleźć naprawdę moc... Ja jednak uważam, że taka postawa ma głównie miejsce poprzez brak znajomości emocji, jakie towarzyszą podczas życia ze zwierzakiem pod jednym dachem. My ludzie dajemy im schronienie, poczucie bezpieczeństwa, karmimy ale wiem, że ona dają nam znacznie więcej i że te wszystkie powiedzmy "trudy" są na co dzień kompletnie niezauważalne. W nocy muszę wstawać żeby wypuścić kota na dwór a potem po około 2h z powrotem go wpuścić. Czasem takie akcje są dwie. Jasne, że ciepło kołdry nie wypuszcza mnie tak łatwo i że staram się przeczekać ten nerwowy moment biegania Niuniola po podłodze ale w końcu wstaję i jestem wdzięczna za to, że go mam i że mogę wstać i dać mu możliwość obcowania z przyrodą w nocy lub o świcie, wtedy gdy wzywają go natura i instynkt. Nie mam z tym problemu. Nie złoszczę się. Jest moim kumplem z całym tym ekwipunkiem, który dotyczy kota... i psa. Koniec. Kropka.

to był kaaaawaaaał kota


Bronek, udający że śpi na kwadratowej poduszce, która spadła z krzesła - i co dziwne, zmieścił się na niej... no prawie

Rumcajsa musicie sobie wyobrazić bo on na błonach klisz takich od aparatów analogowych, spoczywa gdzieś w czeluściach kartonów. Kiedyś Wam go pokażę!

niedziela, 15 listopada 2015

polecam choć sama iść nie mogę

Dziś inaczej, dziś kulturalnie. Mam do polecenia dwa ciekawe wydarzenia.
Jedno w Warszawie, a mianowicie spotkanie z Danutą Szaflarską w Teatrze Żydowskim. Coś mi mówi, że będzie ciekawie i to niezwykle. Idźcie bo dla Pani Danuty warto.

Znacie Panią Danutę w tym filmie? :-)))


a tutaj zaproszenie


Natomiast u nas lokalnie w najbliższą sobotę 21 listopada odbędzie się pierwszy I Festiwal Autorskiej Łemkowskiej Twórczości. Szkoda, że tylko jeden dzień i szkoda, że w konkursie tylko 6 wykonawców ale to jednak dość niszowa oferta. Jednak wydaje się, że może być niezwykle ciekawie.

Takie dźwięki będą



Żałuję, że nie możemy być na tym festiwalu ale nas gna w tym czasie na Wybrzeże. I też będzie kulturalnie z muzyką poważna w roli głównej.  

piątek, 13 listopada 2015

przeczekanie

Samotność w samotni dobiega końca. Cieszę się i nie bo wszystko ma swoje plusy ale jednak radość absolutnie dominuje i doczekać się nie mogę chwili gdy On stanie w drzwiach ponownie. Samotne dni w samotni dały mi wiele pokory, zgłębienia kwestii niezgłębionych, posmakowania tego, co wcześniej nie było degustowane w moim życiu. Nabrałam więcej dystansu do życia, do tego, że jestem małym ludkiem na tym świecie i że niekoniecznie napinanie się i reagowanie wprost na różne wydarzenia to najlepsze wyjście. Sprawy drugorzędne nagle nimi się stały i staram się aby nie wypierały spraw pierwszorzędnych. Uczę się głęboko oddychać i przeczekiwać - tak.... PRZECZEKIWAĆ. To jest idealny lek na troski, na smutki, na chwilowe niepowodzenia. Przeczekanie to danie sobie czasu na to aż opadną emocje nie tylko nasze ale i innych, znikną dziwne uprzedzenia, ktoś zapomni albo zwyczajnie zaakceptuje. To dla mnie duży krok naprzód. 

Minione dni uświadomiły mi ponownie, że jestem jednak zwierzęciem stadnym i że każdy z nas jest. A jeśli ktoś jest z wyboru całe życie samotnikiem, to z pewnością wynika to z pewnych nieprawidłowości w różnych sferach, które z czasem przeistaczają się w normalność. Przyzwyczajamy się do bycia samemu ze sobą i po czasie nie pozostaje nam nic innego jak przyznać się, że jest nam tak po prostu dobrze. A potem wszelka obecność innych osób kojarzy się tylko z zakłóceniem ładu, jaki zapanował w naszym samotnym świecie, a nie jego uzupełnienie. 
Ja wierzę, że ogólnie jesteśmy stworzeniami, które naturalnie i bez skrzywień w osobowości mogą przetrwać jedynie razem, wspólnie, w interakcji, z uśmiechem, rozmową i refleksją, z hałasem, który powodują dzieci, z rozgardiaszem przy stole, z nocnymi rozmowami o życiu. Goście potwierdzają to zawsze choć nie ukrywam, że zaszywając się w swoim świecie odczuwam pewnego rodzaju komfort, że nic nie muszę i wskażcie mi palcem tego, kto nie lubi takiego uczucia. Ale co za dużo... to wiadomo. 

Tymczasem zaokiennie... buki, jawory i jesiony oddały pierwsze skrzypce genialnym modrzewiom, które wydaje się, że właśnie w tej chwili w ogóle ujawniają swoją obecność na świecie. Przez większość czasu skrywają się pod igłami innych iglastych, gdy własnie listopad jest tylko ICH czasem. Zachwycają złotem na lewo i prawo. Szaleństwo totalne. W lesie przy słonecznej pogodzie można doświadczyć deszczu z modrzewiowych igiełek, które strzepywane wiatrem wpadają we wszelkie elementy garderoby. 






sobota, 31 października 2015

co Ty tam w ogóle robisz?

Mnóstwo znajomych oraz rodzina pytają mnie bardzo często "a co ty tam robisz?", "a nie boisz się tak sama??". Wielu śmieje się gdy pokazuję im na skypie moją wannę czyli wielką plastikową balię no a na informację, że żyję bez prysznica reagują albo wymownym milczeniem, które mówi mi wiele albo wyrywa im się krótkie "o Jezu!".
Wiadomo, że każdy ma swój standard życia mniej lub bardziej określony i staram się rozumieć tych wychuchanych, przyzwyczajonych do komfortu. Nie mniej jednak mam osobiście wrażenie, że z mojego punktu widzenia oni coś w życiu tracą. Zaznaczam, że to moja osobista opinia i nikt nie musi się z nią zgadzać.
Przypomina mi się jednak taka sytuacja z przeszłości, kiedy to mój ex wyznał mi, że nigdy nie spał pod namiotem. I w sumie nie powiedział mi tego jako zasygnalizowanie, że chciałby to zrobić, tylko oznajmił to w formie ciekawostki. Ja od razu zareagowałam pomysłem, że "koniecznie trzeba to zmienić" i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu on dość mocno się przed tym bronił. Jednak, po paru próbach przekonania go do mojego pomysłu, wreszcie się udało. Żeby było w miarę komfortowo, namiot rozbiliśmy przed domem jego babci, która mieszkała na podwarszawskiej wsi. No i co.... nie będzie w mojej opowieści nic zaskakującego... zażarło jak mało kiedy. Chłopak był w szoku już na samym początku, gdy zerkał sobie leżąc z otwartym przedsionkiem i patrzył gwiazdom w oczy. Efektem tego doświadczenia było dla niego przewartościowanie pewnych utartych i wygodnych kwestii w jego życiu. Potem zaowocowało to wyprawami rowerowymi i jestem pewna, że niezliczoną ilością przeżyć, których zapewne nie zapomni do końca życia.
No i tutaj mam taki swój mały surwiwal, który jednak z mojego punktu widzenia żadnym surwiwalem nie jest. Mam wszystko do życia czego mi potrzeba. Mam ogień w piecu, ciepłą wodę w rurach. Jestem najedzona i napojona. Mam mnóstwo lektur do przeczytania i moooc czasu dla siebie. A to, że prysznica nie biorę codziennie....ba nawet nie kąpię się co drugi dzień, a komu to potrzebne. Mam nawet wrażenie, że moja skóra i cera tylko na tym zyskują.
Jasne, że okupuję ten fajny czas na przykład tęsknotą za Nim ALE oboje jesteśmy pewni, że owa rozłąka jest nam także potrzebna niczym świeże powietrze w zadymionym pomieszczeniu. Pierwszy raz mieszkam tak SAMA SAMA. Zdarzają się takie dni, że poza kilkoma telefonami, odzywam się tylko do Bronka i Niuniola. Gadam z nimi jak najęta i pewnie ktoś, kto popatrzyłby na mnie z boku, miałby niezły ubaw ale to są przecież wspaniali słuchacze.
A do tego jeszcze wracając do tego strachu w samotności. Oswajanie samotności w takich okolicznościach przyrody, szczególnie po zmroku, też jest pewnego rodzaju przekraczaniem własnych ograniczeń, pokonywaniem swoich ukrytych demonów, które w większości są przecież wymysłem naszej wyobraźni. Jasne, że coś tam cholera na górze czasem łazi. Jasne, że odkryłam, że myszy przegryzły nam parę kartonów z popakowanymi jeszcze produktami typu przyprawy, jasne, że czasem słyszę, że to wcale nie myszy tylko np, kot(y) sąsiadki wdrapują się po ścianie i przez otwory do nieocieplonego jeszcze poddasza, ładują się na górę i ... łażą. A ja wtedy (jeśli się obudzę) chwytam kij od szczotki i stukam w sufit, niczym w wierszu o Pawle i Gawle i odstraszam nocnych gości. Ma to swoje plusy, bo często budząc się obserwuję a to piękne cienie rzucające przez księżyc na nasze łąki i pola, a to przed świtem piękne mgły, których bez tych przygód nigdy bym nie ujrzała a dziś w nocy (wcześniej poinformowana przez wiadomości w radiu) szuru buru obudziło mnie około 4:00 i wiedziałam, że nagroda czeka na mnie za oknem. Otóż w ostatnich dniach można obserwować bardzo blisko siebie trzy planety: Wenus, Mars i Jowisz. Oczywiście nie jestem w stanie powiedzieć, która jest która ale co to ma za znaczenie. Magia na niebie jest i dzięki Wam myszy i koty mogę sobie serwować takie widowiska. A jeśli nie mogę nawet potem za bardzo usnąć to przecież jest książka, którą mogę sobie czytać do woli, bo przecież na razie o świcie nikt mi wstawać nie każe. Choć i tak wstaję dość wcześnie bo przecież szkoda dnia.

A na koniec mam ostrą zagwozdkę i proszę o ewentualną pomoc jeśli to możliwe w rozwiązaniu jej. Otóż rozkminiłam już, że śliwy w naszym sadzie to najprawdopodobniej zwykłe węgierki oraz lubaszki. Z lubaszek nie odchodzi pestka, cały opis znaleziony w sieci się zgadza, więc z tym kłopotu nie ma. Gorzej z jabłoniami. Są to zapewne stare odmiany ale do tego zdziczałe i nie umiem ich na 100% zaklasyfikować do odpowiedniej odmiany. Może mądre blogowe głowy coś podpowiedzą.

Zaczynamy: pierwsze jabłoń o ta na pierwszym planie, która jest z pewnością szczepiona bo rodzi dwa zupełnie inne gatunki jabłek.






Z tym, że te zielone, malutkie są mega skarłowaciałe więc pełna krasa tych jabłek to nie jest.

Dalej mamy taki oto kolos wyższy od naszego domu

 


Ej, no jasne, że wszyystkie nasze drzewa kwalifikują się do generalnego przycięcia, potraktowania w miłością i zaangażowaniem. Choć ja osobiście sobie tego przedsięwzięcia na razie nie wyobrażam. No i weź to człowieku zrób dobrze i obetnij to co trzeba a nie to co nie trzeba. I wierzę, że połowa listopada to nie będzie zbyt późno na takie ekwilibrystyki.

No a ten kolos rodzi takie giganty (wielkości konkretnej pomarańczy) choć jest ich mało i spadło też dużo niedorozwiniętych maluchów.



Mamy też jedną papierówkę, która tutaj dojrzewa niezwykle późno




No i wyczytałam, że są pewne odmiany jabłoni nienazwane, więc wcale się nie zdziwię jeśli nasze takie właśnie są. Dodam tylko, że wszystkie są dość twarde (oprócz papierówki rzecz jasna) i całkiem słodkie oraz soczyste, więc to chyba odmiany zimowe.

No i tyle kochani.