poniedziałek, 5 sierpnia 2013

inicjatywa niemiecka w obrazkach

 ogólnie idea mobilnych ogródków prezentuje się tak:





to jest wypasiony ogródek emigrantów z Bangladeszu. System nawadniający działa u nich na medal. 

tutaj ciut mniej zaangażowania ale dobre i to
A te poniżej to nasze okazy sprzed miesiąca czyli zaraz po wyprowadzce z naszego balkonu. Dziś jest już niezły gąszcz. Ale nam nadal trudno uwierzyć w fakt, że to wszystko mieściło się na balkonie o wymiarach 1m x 2m. 










generalnie u wszystkich króluje recycling






niedziela, 4 sierpnia 2013

orzeźwienie i inicjatywa

Jest z górki. Ewidentnie to czuję duchowo i fizycznie. Nastawienie jest o niebo, baaa... o dwa nieba lepsze. Pracy moc ale jak się widzi gdzieś daleko koniec to jakoś tak więcej powietrza w płucach, więcej przestrzeni dookoła.
Może nawet i więcej sympatii do tego kraju. Bez przesady... szału nadal nie ma ale odeszły gdzieś w kąt te większe animozje i niechęci. Lato mocno daje w kość, jednak woda uciekająca spod palców, promienie słońca okalające czoła, dają nam weekendowo wiele energii na kolejne dni. Dobrze jest znaleźć kilka miejsc, w których łepetyna wypoczywa, zapomina o trudzie i znoju codzienności. Dobrze jest skonsumować ze smakiem ciasto z morelami wykonane przez mamę, popatrzeć na radość JEGO, gdy zanurza się w odmętach wody, pograć w to i owo z bratem, który u nas od paru tygodni wypoczywa i poczuć tę namiastkę wakacji.
Mamy wiele starych newsów, o których chciałoby się zakomunikować ale obawiam się, że będę miały smak odgrzewanego kotleta. A przecież my ani za mięsem nie przepadamy ani też nikogo nie chcemy karmić czymś średnio świeżym. Jednak pewnej informacji nie omieszkam pominąć, gdyż jest warta uwagi.
Otóż mamy ogródek.
Ogródek mobilny w centrum miasta w zasadzie.
Jest to inicjatywa miasta i naszym zdaniem ten pomysł jest przedni.
A więc... w mieście jest spory teren, gdzie za czas jakiś będzie szalał deweloper. Jednak zanim to się stanie, minie jeszcze około 3-4 lat. Tymczasem miasto wpadło na pomysł aby owe cenne metry kwadratowe udostępnić mieszkańcom, celem zorganizowania mobilnych ogródków działkowych. A przecież mogli zrobić tam parking, co nie? :-)
Co kryje się w tym wypadku pod hasłem "mobilność"? Pomysł jest prosty: można sadzić, siać, hodować... ale tylko w doniczkach. Nic nie może być w glebie bowiem gleby tam żadnej nie ma. Jest to wysypane takimi dość grubymi kamieniami. Każdy zainteresowany, wystarczy że skontaktuje się z opiekunem, który dba o ten teren i ów opiekun wyznacza danej osobie odpowiednią ilość metrów kwadratowych do użytkowania. Dodatkowo młody działkowiec staje się posiadaczem 210 litrów ziemi. Można korzystać z wody, są toalety i ogólnie jedna wielka działkowa symbioza.
Dziwnym nie jest, że dowiedziawszy się o tym pewnej upalnej soboty, w niedzielę rano byliśmy już pod płotem z naszymi balkonowymi roślinami, które zaczęły już naprawdę na balkonie tworzyć nam niezły gąszcz. Niestety pomidory w balkonowych warunkach ledwo już dawały radę. Liści moc za to owoców sztuk DWIE. Kilka dni po przeprowadzce na grunt miejski, pomidory oszalały z radości i wydały na świat wiele kwiatów, z których następnie wykluły się całe grona małych koktajlowych pomidorków.
Sałata, ta którą zdążyliśmy zjeść była taka sobie w smaku a reszta posłużyła za pokarm chyba miejscowym królikom, które (nie mamy co do tego pewności) przychodzą sobie w nocy i podskubują nasze uprawy.

Inicjatywa jest moim zdaniem absolutnie godna naśladowania. Ludzie zgrupowani wśród roślin, obdarzają się uśmiechami i pomagają sobie bez żadnego problemu. Jeden drugiemu coś podleje, inny da sadzonkę, tamten podzieli się uwagami. Do tego towarzystwo jest mocno międzynarodowe. Króluje Bangladesz a ich uprawy są godne wielkiego podziwu.

A my? Mamy codzienny obowiązek. Jeździmy podlewać i dopieszczać roślinki. Uczymy się na własnych błędach choć jeszcze nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Np. dlaczego rzodkiewka idzie mocno w długość a nie w szerokość... ale i tego się pewnie kiedyś dowiemy.

No i mamy pusty balkon. :-)


niedziela, 28 lipca 2013

homeless

Od mojego (u)padnięcia minęło już trochę czasu ale w sumie podniosłam się szybko bo leżeć długo nie umiem. Za dobre Wasze słowa ukłon niski czynię i podziękowania składam.
Komp jednak nie dał rady zmartwychwstać stąd długa moja absencja. W międzyczasie wydarzyło się wiele. Stałam się bezdomna. Wymeldowana. Warszawsko-wolska pępowina odcięta raz a dobrze. Poszło jak z płatka. Wydawało mi się, że przyjdzie moment na uronienie łzy, na chwilę sentymentu, na wzruszenie.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Nie zmienia to jednak faktu, że pamiętać będę zawsze iż to miejsce, ten dom, ta okolica ukształtowały mnie, wzbogaciły o dobrych ludzi, wyryły na powierzchni mojego charakteru trwałe linie, nieusuwalne ślady, zainicjowały do życia.
Okazuje się zatem nie po raz pierwszy, że do przedmiotów martwych przywiązana raczej rzadko jestem. To ludzie są wyznacznikami przestrzeni, w której czuję się dobrze i bezpiecznie. To PRZYJACIELE. I choć jestem homeless to wiem, że schronienia mi nie brak.
Teraz wróciłam pod JEGO bezpieczne skrzydła i wiem, czuję, smakuje fakt, że z górki jest bardziej niż kiedykolwiek do tej pory.
Do kolejnego etapu zgłaszamy gotowość.

sobota, 6 lipca 2013

padnięcie

Padł komp. Na amen.
Padły nadzieje o łagodnym i bezbolesnym załatwieniu pewnych spraw.
Padł uśmiech na wieść o tym, że bliskiej osobie nie do końca wyszło to, co zaplanowała.
Pada czasem deszcz ale głównie pada mój prywatny dysk wewnętrzny od spiekoty na zewnątrz.
Padają mi zwoje od nadmiaru obowiązków.
(W)padłabym najchętniej do chłodnej wody jeziora i uniosła się na tafli wody pieszczotliwie muskana promykami słońca.
Padam bo na (w)padnięcie do jeziora trza mi jeszcze poczekać.
Ach... i padają nam powoli nadzieję na zbiór pomidorów balkonowych bo kwiaty jakoś nie chcą się zawiązywać. (S)padają.
(S)padam i czekam na (w)padnięcie światła w czarnym tunelu.