O wczesnym poranku budzi mnie codziennie świat skąpany w gęstej mgle. Tak jakby nie chciał się zupełnie obudzić i jak najdłużej pozostać pod ciepła i lekką kołderką w stanie permanentnego przeciągnięcia. Ciało doznaje przyjemnego i pozytywnego uczucia rozciągnięcia. Łypiąc okiem na zewnątrz pozwalam sobie na jeszcze chwilkę lenistwa. Nie chce mi się wstawać okrutnie choć wiem, że po paru minutach błąkania się na oślep po mieszkaniu i lekko się rozbudziwszy, świat wchłonie mnie, przytuli i przekonam się, że było warto. W perspektywie jest przecież kawa, jest droga, jest też codziennie inny zaokienny obraz, który jadąc podziwiam. Świat się rozjaśnia, co nie oznacza, że znika mgła. To tylko słońce usilnie stara się przebić promieniami, ale przegrywa w tej nierównej walce. Mogę popatrzeć ognistej kuli prosto w twarz i zaśmiać się w duchu, że jeszcze nie jej pora. Teraz główną bohaterką krajobrazu jest ona, czyli tak która wprowadza mnie w dobry nastrój, przygotowuje na rześki dzień i mimo utrudniania w odbiorze zaokiennego obrazu, rozświetla mi umysł. Lubię ją.
wtorek, 15 listopada 2011
poniedziałek, 14 listopada 2011
efekt Pollyanny
Wiadomo, że nie jesteśmy tu dla przyjemności tylko ciężko pracujemy na NASZ kawałek POLANY. Ale przecież nie można tylko wciąż narzekać, że się tęskni za Polską, za ludkami ulubionymi, za paszą polską i za innymi polskimi sprawami. Aby zupełnie nie zwariować i nie popaść w totalną schizofrenię, należy się też skupić na tym co TU i TERAZ, zatem szukamy codziennie pozytywów życia w tym kraju.
Na szczęście rozglądać się daleko nie trzeba i tak oto postanowiłam dziś przedstawić parę plusów, które szczerze lubię w tym mieście i kraju, bo przecież nie tyczą się tylko samego Frankfurtu.
Po pierwsze do napisania tego postu zainspirował mnie taki oto znak w parku przy stawie czyli wielka uwaga skupiona na bezpieczeństwie. Wiadomo, że po lodzie raczej spacerować nie należy ale jak się taki znak sezonowo do latarni przyczepia to działa jeszcze mocniej na wyobraźnię nie tylko dzieci, ale i matek a może i nawet tych, co to procentów za dużo we krwi mają.
Wracam wciąż do tematu rowerów, rowerzystów i ścieżek rowerowych bo imponują mi pod tym względem Niemcy niesamowicie. Okazuje się, że nawet w tak dużym mieście jak Frankfurt wcale nie trzeba tych ścieżek na siłę budować. Wystarczy na ulicy wyznaczyć trasę i odpowiednio ją oznaczyć. No i ... /choć z tym już na polskich ulicach, a na warszawskich to już na pewno może być bardzo trudno/ wystarczy przystosować do tego faktu nerwową mentalność kierowców. No i ścieżkę rowerową mamy gotową w zasadzie bezkosztowo. :-)
Dodatkowo Proszę Szanownych Państwa zwrócić uwagę na fakt, że ścieżka owa prowadzi wzdłuż ulicy jednokierunkowej czyli rowerzysta popyla sobie pod prąd. Hm... no może z tym busem nie było idealnie łatwo się minąć ale uliczka ta nie jest główną miejską arterią, ino boczną, małą. Nikt tu nie pędzi jak wariat, tylko kulturalnie na dwójeczce sobie się przemieszcza. I przy okazji napiszę, że nigdy nie zdarzyło mi się, że by tu na mnie ktoś natrąbił czy w jakiś inny sposób okazał irytację z powodu mojego jednośladu. I tak oto przechodzimy do znaków, którym komentarz jest zbędny bo widać wszystko niebiesko i czarno na białym.
Niemców można też spokojnie pochwalić za takie oto huśtawki dla mniejszych i większych dzieci. Bujają się na nich nawet kilku miesięczne maluszki, które pewnie jeszcze nawet nie umieją dobrze siedzieć. Nie będę ukrywać, że jako fanka huśtawek też spróbowałam szaleństwa na tym sprytnym urządzeniu. Późno w nocy, po spożyciu... pst... dzieci szczęśliwie wtedy nie było. :-)
No i siatka na boisku, która wisi niezmiennie odkąd pierwszy raz ją zobaczyliśmy. Nikomu nie przeszkadza, nikt nie chce jej urwać, zerwać, ukraść... no nikt....
No i jeszcze o rowerach. Jak się ma swój to dobrze, ba nawet znakomicie, ale jak się nie ma i jest się np. przejazdem a chce się miasto z perspektywy rowerowej zobaczyć to trach... wystarczy zadzwonić czy też wysłać smsa na odpowiedni numer a oni przysyłają za drobną opłatą kod, za pomocą którego odblokowujemy rower i śmigami na nim po frankfurterskich uliczkach. A potem oczywiście możemy go zostawić w dowolnym miejscu na terenie miasta.
A jak się już na tym rowerze jedzie to można zupełnie przypadkowo trafić na taki oto park edukacyjny czyli z niemiecka Wetterpark /Park Pogody/, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego o pogodzie właśnie, odświeżyć wiedzę ze szkoły o powstawaniu deszczu a nawet burzy, zaznajomić bliżej ze słońcem i zegarem słonecznym, a także przeczytać o innych zjawiskach pogodowych, a nawet o drzewach i krzewach. My jednak o sprawach owych mogliśmy się tylko domyślać, bowiem nasza znajomość języka nie do końca pozwoliła nam zaznajomić się z tym parkiem. Angielskiego nie przewidziano... a szkoda. W każdym razie świetna to sprawa, rodzinna nauka i plenerowa edukacja.
No i jeszcze, że autostrady, to wiadomo /choć nie powiem - kocham nasze małe trzeciorzędne polskie szosy, czego o krajowych drogach już nie mogę powiedzieć/, że jak się włącza do ruchu jeden samochód to drugi jadący pasem, na który ten pierwszy planuje wjechać, zmienia pas na lewy i tamten bezkolizyjnie może włączyć się do ruchu. Nikt tu sobie światłami nie dziękuje bo to po prostu norma jest i tyle.
Na szczęście rozglądać się daleko nie trzeba i tak oto postanowiłam dziś przedstawić parę plusów, które szczerze lubię w tym mieście i kraju, bo przecież nie tyczą się tylko samego Frankfurtu.
Po pierwsze do napisania tego postu zainspirował mnie taki oto znak w parku przy stawie czyli wielka uwaga skupiona na bezpieczeństwie. Wiadomo, że po lodzie raczej spacerować nie należy ale jak się taki znak sezonowo do latarni przyczepia to działa jeszcze mocniej na wyobraźnię nie tylko dzieci, ale i matek a może i nawet tych, co to procentów za dużo we krwi mają.
Wracam wciąż do tematu rowerów, rowerzystów i ścieżek rowerowych bo imponują mi pod tym względem Niemcy niesamowicie. Okazuje się, że nawet w tak dużym mieście jak Frankfurt wcale nie trzeba tych ścieżek na siłę budować. Wystarczy na ulicy wyznaczyć trasę i odpowiednio ją oznaczyć. No i ... /choć z tym już na polskich ulicach, a na warszawskich to już na pewno może być bardzo trudno/ wystarczy przystosować do tego faktu nerwową mentalność kierowców. No i ścieżkę rowerową mamy gotową w zasadzie bezkosztowo. :-)
Dodatkowo Proszę Szanownych Państwa zwrócić uwagę na fakt, że ścieżka owa prowadzi wzdłuż ulicy jednokierunkowej czyli rowerzysta popyla sobie pod prąd. Hm... no może z tym busem nie było idealnie łatwo się minąć ale uliczka ta nie jest główną miejską arterią, ino boczną, małą. Nikt tu nie pędzi jak wariat, tylko kulturalnie na dwójeczce sobie się przemieszcza. I przy okazji napiszę, że nigdy nie zdarzyło mi się, że by tu na mnie ktoś natrąbił czy w jakiś inny sposób okazał irytację z powodu mojego jednośladu. I tak oto przechodzimy do znaków, którym komentarz jest zbędny bo widać wszystko niebiesko i czarno na białym.
Niemców można też spokojnie pochwalić za takie oto huśtawki dla mniejszych i większych dzieci. Bujają się na nich nawet kilku miesięczne maluszki, które pewnie jeszcze nawet nie umieją dobrze siedzieć. Nie będę ukrywać, że jako fanka huśtawek też spróbowałam szaleństwa na tym sprytnym urządzeniu. Późno w nocy, po spożyciu... pst... dzieci szczęśliwie wtedy nie było. :-)
No i siatka na boisku, która wisi niezmiennie odkąd pierwszy raz ją zobaczyliśmy. Nikomu nie przeszkadza, nikt nie chce jej urwać, zerwać, ukraść... no nikt....
No i jeszcze o rowerach. Jak się ma swój to dobrze, ba nawet znakomicie, ale jak się nie ma i jest się np. przejazdem a chce się miasto z perspektywy rowerowej zobaczyć to trach... wystarczy zadzwonić czy też wysłać smsa na odpowiedni numer a oni przysyłają za drobną opłatą kod, za pomocą którego odblokowujemy rower i śmigami na nim po frankfurterskich uliczkach. A potem oczywiście możemy go zostawić w dowolnym miejscu na terenie miasta.
A jak się już na tym rowerze jedzie to można zupełnie przypadkowo trafić na taki oto park edukacyjny czyli z niemiecka Wetterpark /Park Pogody/, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego o pogodzie właśnie, odświeżyć wiedzę ze szkoły o powstawaniu deszczu a nawet burzy, zaznajomić bliżej ze słońcem i zegarem słonecznym, a także przeczytać o innych zjawiskach pogodowych, a nawet o drzewach i krzewach. My jednak o sprawach owych mogliśmy się tylko domyślać, bowiem nasza znajomość języka nie do końca pozwoliła nam zaznajomić się z tym parkiem. Angielskiego nie przewidziano... a szkoda. W każdym razie świetna to sprawa, rodzinna nauka i plenerowa edukacja.
No i jeszcze, że autostrady, to wiadomo /choć nie powiem - kocham nasze małe trzeciorzędne polskie szosy, czego o krajowych drogach już nie mogę powiedzieć/, że jak się włącza do ruchu jeden samochód to drugi jadący pasem, na który ten pierwszy planuje wjechać, zmienia pas na lewy i tamten bezkolizyjnie może włączyć się do ruchu. Nikt tu sobie światłami nie dziękuje bo to po prostu norma jest i tyle.
sobota, 12 listopada 2011
akcja biało-czerwona klasycznie czyli...
...indyk a la schabowy z kapustką i ziemniaczkami
Mam nadzieję, że Desperate Housewife jeszcze przyjmie naszą propozycję do swej akcji mimo iż już po czasie. U nas wczoraj był dzień pracujący i dopiero dziś mam czas na wykonanie obiadu niepodległościowego. Co mnie też w zasadzie cieszy bo mogę sobie spokojnie dziś pokontemplować i odpocząć, nie skupiając swoich myśli na tym, co wydarzyło się w moim rodzinnym mieście w dniu wczorajszym. To, co działo się w stolicy to wstyd i doprawdy żal ogromny, że do radości i weselenia się tym dniem było cholernie daleko. Owszem, wiem że odbyły się też festyny i spotkania rodzinne o znacznie weselszym charakterze ale jednak... chamówa na głównych ulicach Warszawy to totalna żenada.
Tyle ode mnie w tym temacie.
Zanim jednak przejdę do dania głównego, to zatrzymam się dziś na chwilkę na śniadaniu sobotnim, bowiem dwa dni temu doszło do nas TO:
Asia i Wojtek z Siedliska pod Lipami uraczyli nas taką oto wspaniałością. Konfitura mirabelkowa z nutką wanilii to istne cudo dla naszych kubków smakowych. Pierwszy raz udało mi się z kimś z blogowego świata wymienić smakołykami. Niecierpliwe wyczekiwanie na przesyłkę opłacało się, bo słodkości z Żuław są zdecydowanie godne polecenia.
Ukłony i smakowite podziękowania!!! :-)
Nasyciwszy się słodkościami .... przejdźmy do dania głównego:
Schabowego ostatni raz jadłam jak byłam dzieckiem. Nie lubię, nie trawię, feee. Generalnie jestem raczej z tych warzywolubnych i mięso /głównie to czerwone/ nie jest mi do życia potrzebne. Umiem zastąpić je strączkowymi, tofu oraz rybami i innymi frutti di mare. Jednak ponieważ schaboszczak to dla niektórych danie jakich mało i możemy spokojnie zaliczyć je do takich klasyków w naszej narodowej kuchni, to postanowiłam zrobić coś na kształt i kotlecik schabowy jest wyjątkowo indyczy. Wiem, bezczeszczę dobro narodowe :-), ale wybaczcie, proszę mi tę profanację.
Kapuchę dusiłam po raz pierwszy, więc wyszła ciut za rzadka ale nie zmienia to faktu, że pyszna. Pokrojona w piórka, wrzucona do garnka została zalana wodą /może ciut zbyt dużą jej ilością i stąd ta rzadkość :-), ale potem sos był już tak dobry, że szkoda było odlewać/. Przyprawy kto co lubi: sól, pieprz, wegeta, cukier. Na patelni podsmażyłam cebulkę i dodawszy mąkę wykonałam zasmażkę, którą dodała do kapusty.
Kotleciki indycze klasycznie w jajku i bułce tartej panierowane i usmażone. Do tego ziemniak niestety turecki :-), ale ziemniak to ziemniak nie?
No i tak to właśnie sobie dziś świętuję przy drutach i dobrej muzyce wczorajszy Dzień Niepodległości...
a Kocur nasz już się hibernuje w szafie na moim śpiworze ... zatem zima tuż tuż....
Mam nadzieję, że Desperate Housewife jeszcze przyjmie naszą propozycję do swej akcji mimo iż już po czasie. U nas wczoraj był dzień pracujący i dopiero dziś mam czas na wykonanie obiadu niepodległościowego. Co mnie też w zasadzie cieszy bo mogę sobie spokojnie dziś pokontemplować i odpocząć, nie skupiając swoich myśli na tym, co wydarzyło się w moim rodzinnym mieście w dniu wczorajszym. To, co działo się w stolicy to wstyd i doprawdy żal ogromny, że do radości i weselenia się tym dniem było cholernie daleko. Owszem, wiem że odbyły się też festyny i spotkania rodzinne o znacznie weselszym charakterze ale jednak... chamówa na głównych ulicach Warszawy to totalna żenada.
Tyle ode mnie w tym temacie.
Zanim jednak przejdę do dania głównego, to zatrzymam się dziś na chwilkę na śniadaniu sobotnim, bowiem dwa dni temu doszło do nas TO:
Asia i Wojtek z Siedliska pod Lipami uraczyli nas taką oto wspaniałością. Konfitura mirabelkowa z nutką wanilii to istne cudo dla naszych kubków smakowych. Pierwszy raz udało mi się z kimś z blogowego świata wymienić smakołykami. Niecierpliwe wyczekiwanie na przesyłkę opłacało się, bo słodkości z Żuław są zdecydowanie godne polecenia.
Ukłony i smakowite podziękowania!!! :-)
Nasyciwszy się słodkościami .... przejdźmy do dania głównego:
Schabowego ostatni raz jadłam jak byłam dzieckiem. Nie lubię, nie trawię, feee. Generalnie jestem raczej z tych warzywolubnych i mięso /głównie to czerwone/ nie jest mi do życia potrzebne. Umiem zastąpić je strączkowymi, tofu oraz rybami i innymi frutti di mare. Jednak ponieważ schaboszczak to dla niektórych danie jakich mało i możemy spokojnie zaliczyć je do takich klasyków w naszej narodowej kuchni, to postanowiłam zrobić coś na kształt i kotlecik schabowy jest wyjątkowo indyczy. Wiem, bezczeszczę dobro narodowe :-), ale wybaczcie, proszę mi tę profanację.
Kapuchę dusiłam po raz pierwszy, więc wyszła ciut za rzadka ale nie zmienia to faktu, że pyszna. Pokrojona w piórka, wrzucona do garnka została zalana wodą /może ciut zbyt dużą jej ilością i stąd ta rzadkość :-), ale potem sos był już tak dobry, że szkoda było odlewać/. Przyprawy kto co lubi: sól, pieprz, wegeta, cukier. Na patelni podsmażyłam cebulkę i dodawszy mąkę wykonałam zasmażkę, którą dodała do kapusty.
Kotleciki indycze klasycznie w jajku i bułce tartej panierowane i usmażone. Do tego ziemniak niestety turecki :-), ale ziemniak to ziemniak nie?
No i tak to właśnie sobie dziś świętuję przy drutach i dobrej muzyce wczorajszy Dzień Niepodległości...
a Kocur nasz już się hibernuje w szafie na moim śpiworze ... zatem zima tuż tuż....
środa, 9 listopada 2011
bo facet czasem musi coś zmajstrować
O tym, że ON ma duszę artystyczną wspominałam już parę razy. Absolwent łódzkiej filmówki, fotograf i to znakomity. Uwielbia fotografię reportażową i jest w tym dobry. Nie waha się jechać rowerem np. do Libii aby tam dokumentować losy człowieka. Dzięki fotografii zobaczył kawał świata, był na wojnie, poznał ciekawych ludzi, ich zwyczaje, psychikę, cierpienie, radości i chwile z dnia codziennego. ON wzbudza głęboką sympatię u ludzi a jego dredy, które nosił do niedawna, sprawiały że zapadał ludziom wizualnie na długo w pamięci. To pomagało mu zawsze dotrzeć do nich trochę bliżej, poczuć dosłownie smak ich codzienności, nie raz skorzystać z ich gościnności a czasem też z pomocy.
Poza zdjęciami, pałał się ON kiedyś także ceramiką i jakby trzeba było to talerze, miski i inne skorupy jest w stanie wyprodukować. Ogólnie pomysłowy z NIEGO Dobromir i umie dosłownie coś z niczego zrobić. Zawsze zaskakuje mnie swoją pomysłowością i wykorzystaniem różnych materiałów do celów zupełnie innych niż je pierwotnie przeznaczono.
Od jakiegoś czasu ON narzekał, że w domu mamy złe światło, że oczy bolą i że a to za jasno, a to za ciemno i wciąż różne kombinacje ustawień świetlnych nie były po jego myśli. Wreszcie się wziął i zawziął i postanowił zrobić lampę. Opowiadał mi najpierw o niej, kreślił w powietrzu schematy, sposoby połączeń, jak to będzie zwisała i jakie światło dawała. Musiał się chyba psychicznie przygotować i przemyśleć temat bo oto wczoraj wracam po 10h pracy do domu, wchodzę i widzę.... dochodzące do mnie do przedpokoju jakieś inne światło, inaczej rozproszone po naszych białych ścianach, a ON podchodząc do mnie miał już dumną minę na twarzy. Co prawda gdy ja zaczynam coś chwalić to ON już ma 1000 odpowiedzi, że to jeszcze nie koniec, że to w zasadzie prototyp, że to tylko próba i że chciał na już i na chwilę popatrzeć jak to w ogóle będzie wyglądało.
W każdym razie jestem ponownie zaskoczona JEGO pomysłowością, wykorzystaniem zaskakująco prostych elementów do wykonania abażuru, ciekawym rozwiązaniem, które pozwala w małym pomieszczeniu umieścić wielką lampę o fajnym rozproszeniu światła. Szkielet to kilka listew połączonych ze sobą dziwnymi łącznikami. Jednym z nich jest nawet żeglarska szekla. Abażur wykonany jest z... kartek A4 :-), które przyczepił po prostu zwykłymi spinaczami do.... no właśnie ... do czego? Zagadka! U mnie po raz pierwszy. Z czego ON wykonał szkielet abażuru? W sumie odpowiedź jest banalnie prosta ale może i nie...
Najlepiej szkielet obrazuje zdjęcie drugie.
A lampa wygląda tak:
Prawda, że fajna? :-)
ps. a do wczorajszej nocy z zewnątrz dobiega do nas głos... hm... i tutaj druga zagadka ale pewnie nikt nie da mi odpowiedzi. Jestem przekonana, że to ptak z rodziny sów czy puchaczy. Śpiew podobny do puszczyka, ale czy to możliwe żeby do miasta przyleciał i od dwóch dni żerował na drzewie sąsiadującego z nami parku? Lasy wprawdzie blisko ale... no sama nie wiem.
Poza zdjęciami, pałał się ON kiedyś także ceramiką i jakby trzeba było to talerze, miski i inne skorupy jest w stanie wyprodukować. Ogólnie pomysłowy z NIEGO Dobromir i umie dosłownie coś z niczego zrobić. Zawsze zaskakuje mnie swoją pomysłowością i wykorzystaniem różnych materiałów do celów zupełnie innych niż je pierwotnie przeznaczono.
Od jakiegoś czasu ON narzekał, że w domu mamy złe światło, że oczy bolą i że a to za jasno, a to za ciemno i wciąż różne kombinacje ustawień świetlnych nie były po jego myśli. Wreszcie się wziął i zawziął i postanowił zrobić lampę. Opowiadał mi najpierw o niej, kreślił w powietrzu schematy, sposoby połączeń, jak to będzie zwisała i jakie światło dawała. Musiał się chyba psychicznie przygotować i przemyśleć temat bo oto wczoraj wracam po 10h pracy do domu, wchodzę i widzę.... dochodzące do mnie do przedpokoju jakieś inne światło, inaczej rozproszone po naszych białych ścianach, a ON podchodząc do mnie miał już dumną minę na twarzy. Co prawda gdy ja zaczynam coś chwalić to ON już ma 1000 odpowiedzi, że to jeszcze nie koniec, że to w zasadzie prototyp, że to tylko próba i że chciał na już i na chwilę popatrzeć jak to w ogóle będzie wyglądało.
W każdym razie jestem ponownie zaskoczona JEGO pomysłowością, wykorzystaniem zaskakująco prostych elementów do wykonania abażuru, ciekawym rozwiązaniem, które pozwala w małym pomieszczeniu umieścić wielką lampę o fajnym rozproszeniu światła. Szkielet to kilka listew połączonych ze sobą dziwnymi łącznikami. Jednym z nich jest nawet żeglarska szekla. Abażur wykonany jest z... kartek A4 :-), które przyczepił po prostu zwykłymi spinaczami do.... no właśnie ... do czego? Zagadka! U mnie po raz pierwszy. Z czego ON wykonał szkielet abażuru? W sumie odpowiedź jest banalnie prosta ale może i nie...
Najlepiej szkielet obrazuje zdjęcie drugie.
A lampa wygląda tak:
Prawda, że fajna? :-)
ps. a do wczorajszej nocy z zewnątrz dobiega do nas głos... hm... i tutaj druga zagadka ale pewnie nikt nie da mi odpowiedzi. Jestem przekonana, że to ptak z rodziny sów czy puchaczy. Śpiew podobny do puszczyka, ale czy to możliwe żeby do miasta przyleciał i od dwóch dni żerował na drzewie sąsiadującego z nami parku? Lasy wprawdzie blisko ale... no sama nie wiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













