No i okazało się wczoraj, że co poniektórzy i to wcale nie tacy dalecy znajomi, robią sobie zakłady i stawiają ile my tam wytrzymamy. :-) Ha. Czyli, że oni traktują naszą emigrację jak wyrok a nie świadomy wybór. To jest dość ciekawe zjawisko. Zastanawiam się z czego ono wynika. Czy z tego, że nigdy nie mówiłam głośno o swoich marzeniach? A nawet jeśli to tylko w zaciszu ploteczek tete a tete a nigdy jakoś w większym gronie. Czy może z tego, że staż naszego związku jest dość krótki i ludzie nie wierzą, że w oddaleniu od wszystkiego damy sobie radę? Albo może sam cel, który nam przyświeca jest dla niektórych na tyle absurdalny i nierealny w realizacji, że to on każe im nie wierzyć w nasz sukces.
Poza tym zorientowałam się, że chyba nikt tak naprawdę z bliskiego grona mnie za dobrze nie zna. Od lat marzę o domu w górach, z mężem w pakiecie, z dziećmi /minimum dwójeczka :-) jak Bóg da/, Kocurrrooo, piesy, koza albo i dwie.... i inne takie tam.
Ech no ale ja przecież nie będę przekonywać całego świata do swoich postanowień i planów. Generalnie to czego bym tu nie napisała... CZAS POKAŻE i mnie i światu. :-)
Poza tym zorientowałam się, że chyba nikt tak naprawdę z bliskiego grona mnie za dobrze nie zna. Od lat marzę o domu w górach, z mężem w pakiecie, z dziećmi /minimum dwójeczka :-) jak Bóg da/, Kocurrrooo, piesy, koza albo i dwie.... i inne takie tam.
Ech no ale ja przecież nie będę przekonywać całego świata do swoich postanowień i planów. Generalnie to czego bym tu nie napisała... CZAS POKAŻE i mnie i światu. :-)