środa, 9 marca 2011

Wyrok

No i okazało się wczoraj, że co poniektórzy i to wcale nie tacy dalecy znajomi, robią sobie zakłady i stawiają ile my tam wytrzymamy. :-) Ha. Czyli, że oni traktują naszą emigrację jak wyrok a nie świadomy wybór. To jest dość ciekawe zjawisko. Zastanawiam się z czego ono wynika. Czy z tego, że nigdy nie mówiłam głośno o swoich marzeniach? A nawet jeśli to tylko w zaciszu ploteczek tete a tete a nigdy jakoś w większym gronie. Czy może z tego, że staż naszego związku jest dość krótki i ludzie nie wierzą, że w oddaleniu od wszystkiego damy sobie radę? Albo może sam cel, który nam przyświeca jest dla niektórych na tyle absurdalny i nierealny w realizacji, że to on każe im nie wierzyć w nasz sukces.
Poza tym zorientowałam się, że chyba nikt tak naprawdę z bliskiego grona mnie za dobrze nie zna. Od lat marzę o domu w górach, z mężem w pakiecie, z dziećmi /minimum dwójeczka :-) jak Bóg da/, Kocurrrooo, piesy, koza albo i dwie.... i inne takie tam. 
Ech no ale ja przecież nie będę przekonywać całego świata do swoich postanowień i planów. Generalnie to czego bym tu nie napisała... CZAS POKAŻE i mnie i światu. :-)

wtorek, 8 marca 2011

trudne pytania

Każdy dowiadujący się o naszym planie reaguje zupełnie inaczej. Mężczyźni z reguły bardziej kibicują, kobiety wpadają w mocne zdziwienie a nawet panikę. Ale i z tym nie ma jednej zasady, bo bywają kobiety reagujące po męsku i na odwrót. Jest też cudowna grupka ludzi, która pewnie też kibicuje i ściska kciuki za powodzenie naszych planów, jednak głównie skupia się na żalu z powodu naszego wyjazdu. Jednym słowem nie wiem, która z tych grupek jest moją ulubioną, bowiem każdej i tak trzeba się tłumaczyć i odpowiadać na trudne pytanie: CO WY TAM ZAMIERZACIE W TYCH NIEMCZECH ROBIĆ? A co Wy myślicie, że tam to pieniądze na ulicy leżą?... i tego typu podobne.
Otóż najpierw jak to ja, zaczynałam się tłumaczyć i starać się uspokoić każdego rozmówcę, tłumacząc jakie widzimy opcje, że się uczymy niemieckiego, że to przecież tylko na 3-4 lata, że mamy świadomość degradacji zawodowej, że takie tam.... a teraz przyjęłam linię obrony w postaci dwóch prostych słów: "NIE WIEM". No bo tak naprawdę nie wiem. I wiedzieć nie będę póki tam się nie pojawimy. I jakoś tak mi lepiej z tym "nie wiem", bo to poniekąd ucina dysputy o niczym, a poza tym nie muszę się wiecznie czuć winna podjętej decyzji, bo tak w obliczu rozmów z niektórymi bywa.
A z aktualności u  nas i o nas to ON czyli MÓJ wpadł w rowery szał. Z racji tego, że jest serwisantem rowerowym świadczy ostatnie przedwyjazdowe usługi i czyści, naciąga, reguluje, prostuje, pompuje i wszystko inne co rowerowi pod koniec zimy niezbędne jest. I jak tak na Niego patrzę to modlę się o pracę przy rowerach dla Niego bo widzę jak pięknie się skupia i jaki szczęśliwy jest robiąc tę /nie oszukujmy się/ brudną robotę.

niedziela, 6 marca 2011

czego będzie mi brakowało

Od paru dni chadzając po ulicach Warszawy zastanawiam się czego będzie mi brakowało jak stąd wyjadę. Nie będę w tych punktach uwzględniać czegoś tak oczywistego jak PRZYJACIELE, LUDZIE, RODZINA. :-)

Jednak z pewnością ze spraw materialnych i duchowych zabraknie mi :

- bajaderki od Bliklego

- kina Muranów

- księgarni z Tanimi Książkami i Czułego Barbarzyńcy z ciut droższymi :-)

- Apple Chimichangi z Blue Cactusa - co prawda dawno jej nie jadłam ale zawsze była na wyciągnięcie ręki

- "Zwierciadła

- kazań Ojców Dominikanów


lista z pewnością się powiększy ale to jest na dobry/zły początek :-)




środa, 2 marca 2011

SNP czyli syndrom napięcia przedwyjazdowego

Został nam równo miesiąc.Optymizm i jeszcze raz optymizm, no ale bywają też słabsze momenty i napięcia, których nie brak w naszej codzienności. Ostatnie 30 dni przed naszym wyjazdem ze stolicy to ciągłe spotkania, spotkania i jeszcze raz spotkania. Czasem po parę spotkań dziennie. Dni mijają szybko i intensywnie. Żegnamy się ze znajomymi lub próbujemy jeszcze nimi jakoś przedwyjazdowo się nacieszyć. Organizowanie tych spotkań to moja domena, bowiem ilość osób, z którymi mam ochotę się widzieć nie jest mała. Zresztą nie tylko znajomi. Jest też rodzina. Pomoc. Drobne prace przy wyniesieniu tego, przestawieniu tamtego. Gościnna herbatka, ciasteczko i takie tam.

W domu gromadzimy już pierwsze kartony, do których będziemy pakować nasz cały świat. W związku z tym sprzątanie to ostatnimi czasy rzadka czynność w naszym domu. Zmywamy TAK. Zamiatamy TAK, ale bez szału z gruntownymi porządkami bo i po co... :-)?
Wieczorami ja siedzę przy swoim komputerze a ON przy swoim i długie dziesiątki minut milczenia i ciszy są dla mnie dość przykre bo zamykamy się w swoich wirtualnych zadaniach, nie mając kontaktu ze sobą. Wiem, że to tymczasowe ale jednak... nie tak powinny wyglądać wieczory między bliskimi ludźmi. Więc niech ten miesiąc szybko mija. Bo ja chcę więcej normalności a mniej spraw na głowie.

Zmiana naszego życia w TAK diametralny sposób jest dla mnie też pewnego rodzaju ucieczką od mojego trybu życia. Internet i komputer - te dwa światy zbyt mocną pełnią rolę w naszym życiu, gdy przebywamy w domu. Wciąż trzeba coś napisać, komuś odpowiedzieć, coś sprawdzić, czegoś posłuchać.... i tak wciąż i na nowo. Zupełnie inaczej jest gdy jesteśmy na spacerze, gdy gramy na podwórku w badmintona lub gdy po prostu leżymy na kanapie i trzymamy się za ręce. To lubię najbardziej. :-)