środa, 24 maja 2017

magic moments

Zazwyczaj wieczorem, po zachodzie słońca ale też wczesnym rankiem, zaraz przed wschodem (jeśli zdarzy mi się obudzić) a już na pewno o każdej porze dnia gdy jest chwilę po deszczu... na łąkach, pod lasem pojawiają się one - dostojne, pełne gracji, nieco płochliwe i ogromnie cieszące moje oko... łanie, sarny, koziołki a jak się ma więcej szczęścia to i jelenie.

Koło naszego domu bywają często. Bliżej podchodzą po totalnym zmroku i wtedy do akcji wkracza zazwyczaj Bronek i ze szczekiem godnym wiejskiego psa, wylatuje na pola i ujada. A ujadać to on potrafi i jak się wkręci to mimo iż zwierzyna dawno przegoniona, to on nadal szczeka w dal co odbija się echem po całym naszym przysiółku.

Ale ja cenię te chwile, kiedy czujność Bronka jest nieco uśpiona, albo gdy ja sprytnie tak poprowadzę go na spacer, że jego uwaga odciągnięta jest w inną stronę bo mniej więcej już wiem gdzie i o której można je spotkać.

I gdy się uda zastać je pod lasem na kolacji pełne soczystej trawy to one zauważając mnie po prostu stoją i patrzą mi w oczy. I ja wtedy staję i patrzę w oczy im. I choć dzieli nas kilkadziesiąt metrów to doskonale wiemy, że tam jesteśmy. I gdy one widzą, czują że nie ma z mojej strony żadnego zagrożenia to potrafią wrócić spokojnie do posiłku a ja wtedy radośnie kontempluję fakt, że jednak nie uciekły.

I ta cisza w koło, ten spokój końca dnia lub nadzieja budząca się o poranku, ten stan świata, w którym na moment wydaje się, że nie ma dookoła żadnych absurdów, że nie ma cywilizacji, że są tylko one i że tylko ja na nie patrzę... Kolejny argument potwierdzający, że oto jesteśmy we właściwym miejscu.

http://www.wild-scotland.org.uk

czwartek, 18 maja 2017

trochę praktycznego info

Ostatnio się tak wzięło i poetycko na Naszej Polanie porobiło. Chłopa nie ma w domu to babie odwala. Ale żeby nie było, że ja tylko rozmyślam i analizuję, przeżywam i wspominam. O nie!! Praca wre na całego i jak są Goście to wiadomo, że większość czynności kręci się wokół nich ale gdy pojadą to zaczynam działać i to ostro. ON powiedział, że kwiatów ma być u nas ... milion!!!! Sądzę, że będzie jeśliby policzyć te wszystkie kwitnące mniszki, przetaczniki, kurdybanki, niezapominajki, bratki i stokrotki. A będzie jeszcze więcej bo czekam i codziennie im się przyglądam i podglądam i zaglądam.


Po woli już zaczynam kumać, że ilość jest OK w kwiatach ale jeszcze musi być jakość. Rok temu posadziłam wszystko zdecydowanie za gęsto. Jedno przytłumiło drugie. A ogród to w sumie jak szachy, musisz wyprzedzać ruchy przeciwnika i to o całe tygodnie. Chyba tym cyniom nie będzie za ciasno.


A to moja pierwsza i ulubiona grządka między śliwami. Dzieje się tam i to dużo ale jednak postawiłam na skalniaczki głównie, choć widać bratki, którym nie mogłam się oprzeć zaraz po zejściu ostatnich śniegów. Między nimi wysiały się z zeszłego roku nagietki, a w innych czeluściach tej grządki są goździki, coś się będzie też pięło (ale nie groszek, ten był rok temu). Są też dwie hortensje. Zobaczymy!


O i pranie zrobiłam! Nie jedno!


 A tu mi rośnie cała grządka czegoś co nie wiem jak się nazywa ale wiem jak będzie wyglądało. :-) Nie mam głowy do tych niepospolitych nazw.


Tulipanów za rok muszę posadzić znaaaacznie więcej.


 Malwy, na których zakwitnięcie czekam już 3 rok. Sama je wysiałam z nasion. Wierzę, że w tym roku wreszcie ujrzę ich prawdziwe oblicze.


Niektórzy już w blokach startowych.


Maciejka będzie wszędzie dosłownie. No prawie ... :-)


Przerzucam co parę dni lewy kompostownik. Prawy się wypełnia. ON zrobił. Piękny, prawda?  :-)


No i jak to miejscowi mawiają, co roku inny rok jest. Tamtego lata nie miałam prawie wcale cebuli. Pewnie coś pokićkałam z sadzeniem. Ale teraz jest istny las i cebule rosną jak szalone.


W oczekiwaniu na pierwszą truskawę. :-)


A oto jest i moje marzenie. Sama dziś montowałam i wierzę, że wiatry mu nie straszne. Tunel foliowy jak określa to producent, a dla mnie to namiocik na pomidory. Parno tam cholernie i mam wrażenie, że moje rozsady będę się tam czuły jak w jajku.





I w całości. A dalej: marchew, rzodkiewka, kolendra, fasola, rukola, cukinia i ogórasy. Czekamy na plony.

A pranie cały czas schnie.


środa, 17 maja 2017

i kto by pomyślał?

Niby wiosna, a momentami już lato pełną gębą, a ja wewnątrz jakaś sentymentalna. Wracam bardzo często myślami do tych chwil, gdy dopiero to wszystko planowaliśmy, gdy informowaliśmy o emigracji z miasta i na moment z kraju, gdy organizowaliśmy, załatwialiśmy całą masę niezbędnych, mniej potrzebnych i KOMPLETNIE nieprzydatnych potem rzeczy. Wracam myślami do tych pierwszych chwil w obcym kraju, słysząc obcy język i dostosowując się (lub nie) z bólem do nowego ładu i porządku. Jeżdżę sobie w myślach na rowerze po tych niemieckich trasach, uliczkach, szlakach. Wracam do dialogów z naszymi klientami, przypominam sobie ogrom pracy i poświęcenia. I jest we mnie niebiański spokój. Radość i satysfakcja, że kolejna część mojej drogi życiowej choć w górach to w porównaniu do przeszłości idzie kompletnie z górki. Jasne, że są problemy i inne zagwozdki życiowe, któż ich nie ma...(?) ale chyba faktycznie jeśli przejdzie się przez te bagna, grząskie tereny i nierówności i wyjdzie się z tego cało to potem może być tylko  lepiej i tylko łatwiej.

Zastanawiam się skąd brałam wtedy siłę i motywację do codziennego wstawania, pokonywania dziesiątek kilometrów po mieście po to tylko aby jeden z drugim miał czysty kibel i błyszczący zlew w kuchni. Nasza Polana była tą motywacją i całokształt skoncentrowany wokół niej. Ale teraz, patrząc z perspektywy czasu, choć ogarnia mnie spokój to jednak nie wiem czy byłabym obecnie gotowa na takie poświęcenie. No wiadomo, nie ma już tej determinacji, jest inny etap, jest inna walka, plany, ich realizacja, rozłąka z Nim od czasu do czasu... Ale to wszystko idzie swoim rytmem i mam wrażenie, że wszelakie decyzje okazały się najlepszymi z możliwych. Sucha i zimna kalkulacja? Nie, to była raczej intuicyjna rozgrywka wielu za i przeciw. Nigdy pieniądz, a prawie zawsze miłość od pierwszego wejrzenia. Udaje się!

Jest naprawdę dobrze, tam i tutaj wewnątrz mnie. Zapanowała harmonia choć przecież w tak wielu sprawach chciałoby się żeby może poszło inaczej. Ale co mogę to mogę, a na co nie mam wpływu to nie mam. Tak niewiele a tyle czasu zajmuje człowiekowi zapanowanie nad tą prawdą i wprowadzenie jej, nie jako sloganu do swego życia, ale jako dewizy przyświecającej od rana do wieczora. Grunt żeby rozpoznać na co wpływ jest a na co nie ma. Bo to dodaje sił. Bo to sprawia, że nie tracimy czasu na zbędne rozkminy, żale, pretensje, oczekiwania. Dlaczego nie uczą nas tego w szkole? O ile mądrzejsi wyszlibyśmy w świat. O ile mniej byłoby depresyjnych stanów, walenia głową w mur.

Tak mi się wzięło i porobiło.

Jeszcze się uczę, że ta moja codzienna praca jest tak inna od tego wizerunku pracy wpajanego nam od dziecka. Że jest w niej ten balans, z którego dawniej nie zdawałam sobie nawet sprawy, że może finanse są znacznie mniejsze od ... no właśnie od jakich...? ale przecież starcza na chleb, na życie, na karmę dla czworonogów, na jeżynę bezkolcową i dwie kaliny...

I już nie zamartwiam się nerwowo o to co za rok, za pół, za trzy. Czy nam starczy, czy się wyrobimy. Wszystko idzie sobie w swoim tempie i nie ma co wybiegać myślami za daleko. Bo i po co? Nie mam wpływu na to, co za 4 miesiące się wydarzy. A może zadziać się wiele. Czterdzieści lat życia spędzone po to żeby pojawił się nie tyle ten wpis co TEN STAN w mojej głowie, w mojej duszy, w każdej komórce.

I kto by pomyślał...

Dobrego dnia dla WAS, uważnego, niespiesznego, radosnego.












czwartek, 11 maja 2017

wdzięczność

Czas samotności lubię tak samo bardzo jak gwarne chwile pod naszym dachem. Ważna jest równowaga i chyba ona panuje w naszym gospodarstwie domowym. To ważne. Oddziałuje bezpośrednio na moje samopoczucie. Po wyjeździe gości krzątam się po domu, koło domu, dalej od domu i wspominam zdania, słowa, uśmiechy i gesty. Mam wrażenie, że tyle ile udaje mi się ofiarować Gościom, tyle samo a może i więcej otrzymuję z powrotem. Ktoś powiedział, że moja praca to taka robota usługowa. Z dalszej odległości pewnie tak. Pełnimy usługi. Serwujemy posiłki, sprzątamy pokoje. Pierzymy, dbamy o czystość i schludny widok tego miejsca. Jednak to tylko baza. Reszta dzieje się poza nami. Odbywa się i wdzięczność przeogromna za te chwile wypełnia serce i duszę.

Gdzieś tam, w Polsce zostali wszyscy nasi bliscy. Tęsknota bywa mocna. Ale Ci co przyjeżdżają są niejednokrotnie jakby wysłannikami tej dobrej wieści, energii od nich. Stają się kimś bliskim, o kim się myśli i wspomina. Życie!

Zaokienne widoki są obecnie anielsko piękne. Przepełniają ten krajobraz intensywne odcienie zieleni i błękitu. Łąki pokryły się kobiercami mniszka, którego obfitość sprawia, że każdy kadr jest jak idealny obraz najlepszego z malarzy. Pobzykują pszczoły, koło ucha latają muchy, na kwiecie zasiadają biedronki. Świat ożył. Nie trzeba mu wiele czasu po tych chłodach. Czekał w blokach startowych na swoje przedstawienie, spektakl idealny bo stworzony przez Matkę Naturę.

A ja sieję, pielę, kopię, podpatruję. Za paznokciami znów ziemia, skóra szorstka, ale za to sen spokojny.












czwartek, 4 maja 2017

WYMIENNIK

Wiele osób, które o nas wiedzą albo nas już po prostu odwiedziły, wykazują często chęć pomocy. Rodzina i znajomi pomagali nam nie raz i ich pot już na zawsze zatopiony będzie w czeluściach pod podłogą, tudzież w ziemi albo na dachu. Wspólna praca idzie zawsze sprawnie i wesoło. Po niej pojawia się niezastąpiona niczym satysfakcje z wykonania czegoś co już na długie lata będzie efektem tej konkretnej pracy tej konkretnej osoby. Zdarzało się nam, że pracownicy na co dzień tzw. biurowi zapragnęli zobaczyć wreszcie jakieś wymierne i namacalne efekty własnych działań. I to daje im praca przy Naszej Polanie. Zdarzało się, że muzyk kopał z nami fundamenty pod legary podłogowe, a członek zarządu dużej firmy rąbał z nami drzewo i w pocie czoła układał zapasy na zimę. To niezwykle cenne gesty i zawsze jest nam niezmiernie miło jeśli ktoś totalnie bezinteresownie chce i pomaga. 

My w takich sytuacjach staramy się odwdzięczyć tym, co mamy, co wytwarzamy, co zakręcamy w słoikach... Tym razem możemy się odwdzięczyć czymś jeszcze... po prostu pobytem u nas, w naszych przygotowanych już od paru miesięcy pokojach... Postanowiliśmy zaprosić trochę bardziej oficjalnie na WYMIENNIK !!!

WYMIENNIK NA NASZEJ POLANIE. 
Kochani, jeszcze nie znamy dokładnej daty ALE na przełomie maja i czerwca organizujemy u nas WYMIENNIK USŁUG - my Wam damy dach nad głową, dobrą strawę, nasze skromne towarzystwo, wszechstronne umiejętności mojego Męża, piękne okoliczności przyrody i możliwość wędrówki po beskidzkich szlakach a Wy nam swoją siłę, energię i pomoc przy pracach wykończeniowych naszego domu. W planach: nauka pracy z drewnem czyli przygotowanie desek na pokrycie dachowe, budowa tarasu i inne ciekawe drewniane (i nie tylko) sprawy. Na razie potrzebujemy 2-3 osoby. Termin do ustalenia indywidualnie. Kto chętny zapraszam do pisania na maila naszapolana@gmail.com ZAPRASZAMY SERDECZNIE!!!




energia zwrotna

Majówka jest momentem w naszym obecnym życiu, kiedy to wrota naszego domu otwierają się szeroko na gości a oni tłumnie przybywają pod strzechę. Nie... no nie znowu tak tłumnie bo miejsc noclegowych mamy raptem 11 :-), jednak wtedy chata wypełnia się nie tylko ludźmi ale i energią, jaką ze sobą przywożą. Pamiętam jak Jola z Jolinkowa przed laty próbując ukazać nam prawdziwe oblicze prowadzenia takiego domu gościnnego, uprzedzała nas wcale nie głaszcząc przy tym po głowach i pytała "ale czy Wy wiecie, że musicie lubić ludzi???, jeśli nie macie do nich cierpliwości to się za to nie bierzcie, zastanówcie się czy jesteście gotowi na obecność w domu ciągle nowych, innych osób...?" tak brzmiały mniej więcej Joli słowa i często sobie o nich przypominam bo była jedyną osobą, która tak szczerze i bez ogródek o tym mówiła.

Gości faktycznie jest u nas coraz więcej i przybywają z przeróżnych stron Polski, z różnych środowisk, z najróżniejszymi doświadczeniami i pewnie oczekiwaniami. Spotkania pod naszym dachem jednak sprawiają, że większość energii, jaka się wymienia między nami dotyczy dokładnie tego o co chodzi na Naszej Polanie. Otaczają nas stare prawie 90-letnie bale, na środku chaty stoi ogrzewający wielki gliniany piec (made by ON), za oknem świergolą ptaszęta, u nóg leżą nasze lub gościnne psy, popijamy ziołowe herbatki i albo rozmawiamy albo milczymy. Gdy ktoś ma ochotę to leży i czyta, drzemie, spaceruje albo oddaje się innym swoim pasjom. Tutaj jest na to czas i miejsce. Tutaj jakby wszelkie miastowe stresy nie docierają a wiejska atmosfera włazi oknami i szparami i sprawia, że jest po prostu dobrze.

Między nami a Gośćmi dochodzi do wymiany energii, z której (przynajmniej ja - wierzę, że Goście również) korzystam jeszcze przez wiele dni. Wspominam potem rozmowy, uśmiechy, zrelaksowane twarze, raduję się gdy ktoś wchodzi do nas i od progu czuje się jak w domu, a nasze zwierzaki witają się z daną osobą, jak z dawno nie widzianym przyjacielem. To się po prostu dzieje i nie jest niczym zaplanowanym, nie jest elementem żadnego scenariusza. Natura, przyroda, niewidzialna aura. która po prostu bierze górę. I dobrze.

Na jednym z blogów, które w pigułce bez zbędnych słów, opisują często w punkt, to co mi w duszy gra, przeczytałam ostatnio "NIECHAJ BĘDZIE GDZIEŚ MIEJSCE, GDZIE MOŻESZ NATURALNIE, SPOKOJNIE ODDYCHAĆ I NIE MUSISZ Z TRUDEM CHWYTAĆ POWIETRZA. MIEJSCE, GDZIE TWÓJ UMYSŁ MOŻE BYĆ BEZCZYNNY I ZAPOMNIEĆ O WSZYSTKICH SPRAWACH" Thomas Merton

Mam nieodparte wrażenie (i wierzę, że nie zakrada się tu ani krztyna próżności), że udało się nam stworzyć takie miejsce. Że mimo iż jest to nasze miejsce pracy to jakoś dziwnym trafem udaje się nam w nim spokojnie oddychać i bez trudu chwytać powietrze. To chyba największy nasz sukces.

foto: Klar Klar :-)
foto: Klar Klar

czwartek, 20 kwietnia 2017

dezorientacja kwietniowa


Codzienne obchody dookoła domu dawały wiele radości. Powolne obserwacje rosnących kwiatów cebulowych, trawy, pokrzywy, mięty i innego ziela były obowiązkowym punktem każdego dnia. Psy wygrzewające się w słońcu na trawce, ptactwo wszelkiego rodzaju śpiewające najpiękniej i głośno, ruch ciągników we wsi. Nawet ból w plecach po skopanym ogródku warzywnym był elementem tego zamieszania. Wszystko przygotowane, wszystko w blokach startowych. Kury po sąsiedzku radośnie przemierzające łąki w poszukiwaniu przysmaków. Życie budziło się i .... nagle zamarło. 

To nie jednorazowy spadek śniegu tylko powrót zimy, która od trzech dni nie odpuszcza. 


Zatem trzeba się ratować domowymi sposobami na wywołanie jej ponownie. A ja w cieple pieca powróciłam grzecznie i zgodnie z prawami natury do wytwarzania skarpet. Dezorientacja jakoś musi być zaakceptowana. 







poniedziałek, 17 kwietnia 2017

bez smyczy

To były piękne 3 dni. I nawet nie idzie o to, że święta, że z rodziną JEGO, że nie przy stole tylko na spacerze i przy grach i rozmowach rodzinnych, i ogólnie na wyjeździe - a z naszego pięknego wiejskiego grajdołka też czasem fajnie jest wyjechać i zmienić region na równinny, gdzie horyzont sięga znacznie dalej niż u nas.

Było pięknie z zupełnie innego powodu.

Nie jestem niewolnicą gadżetów elektronicznych. Nie posiadam smartfona więc na telefon nie przychodzą mi żadne powiadomienia za wyjątkiem smsów (nawet mmsów mój "zaawansowany" telefon nie odbiera) i zwykłych rozmów telefonicznych. Telefony, w porównaniu z moim miejskim życiem dzwonią znacznie rzadziej i w zasadzie mnie to cieszy. Lubię pogadać, przez telefon też, ale maniakalną fanką tej czynności nie jestem.
A tu w święta taki oto prezent od jednej z sieci komórkowych: miałam do niedawna telefon na doładowanie, bez abonamentu. Obecnie kończy nam się umowa internetowa z jedną ze znanych sieci i w ramach polepszenia sobie warunków finansowych tego zobowiązania, mam w tej samej cenie co dotychczas nie tylko internet ale i 1 numer bez ograniczeń do wszystkich sieci. Zależało mi rzecz jasna na zostawieniu starego numeru, więc został on w czwartek przeniesiony do nowej sieci. Poinformowano mnie (błędnie), że w chwili gdy usługi w starej sieci przestaną być aktywne, powinnam zmienić kartę na tę nową i będę miała je aktywne w nowej sieci. Tak się jednak nie stało bo w sobotę już nie udało im się tego numeru przenieść a wiadomo, że święta to święta....

I tak oto stało się, w sumie nic wielkiego, nic znaczącego a jak wiele zmieniającego w jakości życia przez tych parę dni. Telefon milczał. Internetu nie potrzebowałam. Laptop został by się kurzyć w domu. Rzec by można "było idealnie". I tak było w rzeczywistości.

Ta smycz, do której kurczę jednak jesteśmy przyspawani. Ten facebook, który kusi, ten email sprawdzany po kilka razy dziennie a przecież można by raz, wieczorem, hurtem, wszystko.

Martwią mnie bardzo, cholernie, okrutnie i przesmutnie te wszystkie głowy schylone i skierowane wiecznie w ekrany smartfonowe. Martwi mnie, że rezygnujemy z map papierowych na korzyść GPSów, które ogłupiają, nie pozwalają myśleć ani zastanowić się gdzie aktualnie się znajdujemy. Brak zasięgu w jakimkolwiek z urządzeń wpędza nas w poczucie paniki a tym samym tracimy poczucie bezpieczeństwa.

Nie umiem się odnaleźć w tym świecie coraz mocniej z elektronizowanym. Wszędzie każą nam coś aplikować, płatności kartami kredytowymi (również nie posiadamy) odcinają nas niejednokrotnie od różnych usług na tym świecie, bo czasami inaczej już zapłacić nie można. Wtedy pomagają przyjaciele, którzy mają i którym to służy i którzy lubią i odnajdują się w tym labiryncie cywilizacyjnym. Ja coraz mniej.

Luzuję sobie tę smycz i dobrze mi z tym luzem choć wiem, że zawodowo odciąć się od wszystkiego na razie nie sposób. Internet jest bowiem najlepszym kanałem na dotarcie do potencjalnych Gości Naszej Polany i tutaj po prosu godzę się na to bo wyjścia innego nie mam. Może kiedyś osiągniemy jako Nasza Polana taki status na mapie Polski, że poczta pantoflowa zadziała milion razy lepiej niż światłowody i satelity. Modlę się o to i czekam z utęsknieniem na taki moment.

Tymczasem raduję się me serce (do jutra) z powodu ciszy w telefonie komórkowym. Ściskam i życzę luzowania smyczy. To my rządźmy tymi urządzeniami i nie pozwólmy żeby było inaczej.


czwartek, 6 kwietnia 2017

kto wpuścił kota...?

No o tym, że nie da się pisać jednego posta dziennie to już nie muszę wspominać bo to widać czarno na białym. Tego właśnie między innymi nauczyło mnie życie na wsi: że nie ma co robić pewnych rzeczy na siłę, każda czynność ma swój czas i na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Życie toczy się swoim rytmem i na to, na co mogę wpływać to chętnie wpływam i kieruję swoim życiem w wybranym kierunku ale inne sprawy pozostawiam własnemu tokowi i chyba tak jest najlepiej.

Siedzę dziś przy stole bo zaokienna pogoda nie namawia do prac na zewnątrz. Deszcz przeplata się ze śniegiem i gradem, momentami zawiewa solidnie a chwilami zza gęstych chmur pojawiają się nieśmiałe promienie słońca. Jednak zimno jest i siedzę przy piecu i raczę się herbatką i tak właśnie mija dzień kwietniowy.

A z kotem to jest tak, że mi się już którąś noc zdarza sytuacja następująca, że kot około 4 rano prosi o wypuszczenie na zewnątrz, co czynię każdego dnia i potem idę z powrotem spać. Budzę się potem o świcie i jestem przekonana, że kota nie ma w domu a kot jest... wyłania się zza pieca lub śpi na kanapie a ja daję sobie rękę uciąć, że go nie wpuszczałam, a i okna wszystkie pozamykane są w domu, a i o moim lunatykowaniu nic nie wiem... zatem kto wpuszcza kota???? JEGO chwilowo nie ma... a nawet jak jest to ON nie reaguje nigdy na stukanie kocie w okienko bo ON śpi snem sprawiedliwego zawsze i wszędzie.

Pierwiosnki, krokusy, żonkile są... tulipany już w blokach startowych, pąki na drzewach szykują się do wystrzału, ciągniki we wsi idą w ruch, moja łopata także.

Szykujemy się do sezonu letniego mentalnie już i przybywa nam rezerwacji co cieszy niezmiennie i niezmiernie. W tym roku szykujemy dla młodzieży krótki obóz o różnorodnej tematyce. Mamy już sporo chętnych, zostało jeszcze kilka miejsc. Dla chętnych szczegóły zamieszczam poniżej....



Kochani,
zapraszamy Waszą latorośl na radosne i pełne nowych doświadczeń wakacje do Naszej Polany. Tutaj czas płynie nieco inaczej niż wszędzie więc i zajęcia muszą być wyjątkowe. Beskid Niski, bo to tutaj znajduje się Nasza Polana, to region pełen inspiracji zarówno tych, które płyną prosto z natury jak i tych, które można zaczerpnąć z lokalnych tradycji. Do tego wszystkiego dodamy szczyptę naszych pasji i wierzymy, że powstanie z tego niezapomniana mieszanina wrażeń i wspomnień.
Termin: 15-23 lipca 2017
Wiek uczestników: 11-15 lat
Zakres zajęć i atrakcji:
- „SZTUKOWANIE” czyli zajęcia o charakterze kreacyjno - wyobraźniowym, które poprowadzi Monika Babula - aktorka warszawska, absolwentka wydziału sztuki lalkarskiej Akademi Teatralnej w Białymstoku. Długoletnia aktorka Teatru Lalka w Warszawie. Monika posiada doświadczenie pracy z młodzieżą, które zdobyła prowadząc liczne warsztaty w akcji „LATO W TEATRZE” organizowanym przez Instytut Teatralny w Warszawie.  Monika prywatnie jest mamą 13 letniej Matyldy i 16 letniej Marceliny.
Czym na „SZTUKOWANIU” będziemy się zajmować?
Opowiadać historie, tańczyć, śpiewać i tworzyć przeróżne etiudy teatralne i filmowe. Prosimy aby dzieci, które grają na instrumentach, wzięły je ze sobą. Będziemy my, nasza szalona wyobraźnia, las, góry i to co uda nam się stworzyć w tych niepowtarzalnych okolicznościach przyrody.
- „CO BYŁO PIERWSZE JAJKO CZY KURA?” zapoznanie się z dawnym i współczesnym życiem na wsi – z porami roku i pracami z nimi związanymi, wizyta w gospodarstwie rolnym, wizyta w lokalnym skansenie, zwiedzanie z przewodnikiem jednej z łemkowskich cerkwi.
- „DREWNIANY SZLAK” – Beskid Niski słynie z architektury drewnianej więc my postawimy wspólnie pierwsze kroki przy obróbce drewna (nauka snycerstwa, wykonanie prostych rzeczy użytkowych z drewna)
- „W OBIEKTYWIE” – spotkanie ze światem fotografii, wykonywanie zdjęć pod okiem Pawła – profesjonalnego fotografa, oglądanie zdjęć z podróży dalekich i bliskich
- „W DROGĘ” wycieczki górskimi szlakami –dla chętnych krótsze, dla innych nieco dłuższe
- „Z PRZYRODĄ NA TY” - zaprzyjaźnianie się z przyrodą w terenie: rozpoznawanie ziół, drzew, rozmowy o przyrodzie
- „ZAMOTANY ŚWIAT” – wykonamy zadaniowe lalki motanki, może porobimy na drutach…
- „FRITAJM” wybrane gry i zabawy oraz zajęcia sportowe
Cena: 950 pln
Cena obejmuje: zakwaterowanie (w pokojach z łazienkami i bez), wyżywienie (bezmięsne śniadania i obiadokolacje, desery), zapewnienie powyższych atrakcji, opiekę Marleny, Moniki i Pawła w zależności od zadań danego dnia.
Cena nie obejmuje kosztów transportu do Naszej Polany oraz biletów  wstępu do zwiedzanych obiektów: dzieci powinny być wyposażone w kieszonkowe.
Odnośnie transportu będziemy dogadywać się indywidualnie. 
Co należy ze sobą zabrać: Kalosze, kurtki przeciwdeszczowe, latarki, wygodne buty górskie lub inne za kostkę,
Ze spraw organizacyjnych pragniemy poinformować, że będziemy prosić naszych uczestników o pomoc przy przygotowywaniu śniadań (ustalimy codzienne dyżury) oraz przy nakrywaniu do stołu na obiadokolację. 
Kochani, informujemy, że Nasza Polana to miejsce oddalone od cywilizacji. Mieszkamy na małym przysiółku zwanym Flasza przy małej drodze asfaltowej, którą tylko czasem niemrawo przejeżdżają traktor lub samochód. Jest to teren   nieogrodzony ale bezpieczny. Nasze psy wylegują się latem na tym asfalcie i ich życie nigdy nie było zagrożone. Dookoła są pola, łąki, pastwiska i lasy oraz oczywiście piękne góry Beskidu Niskiego. Nasza Polana znajduje się 1km od jeziora. Jednak ewentualne kąpiele w nim będziemy uskuteczniać tylko na strzeżonej plaży (z ratownikiem). Chcemy tym turnusem stworzyć Wam możliwość wysłania Waszych dziatek w miejsce przyjazne, fajne i takie, do którego podobno z radością się wraca.
Liczba miejsc ograniczona.
Czekamy na zgłoszenia i serdecznie zapraszamy też męską część Waszych pociech.
Ps. Jedną z zasad turnusu na Naszej Polanie będzie ograniczenie do minimum korzystania ze smartfonów i innych urządzeń elektronicznych. Prosimy wziąć to pod uwagę decydując się na pobyt u nas. Telefony będą w depozycie u nas a gdy któryś z rodziców zechce się skontaktować z dzieckiem chętnie przekażemy w tym celu telefon do użytku. Nasz telefon jest Telefony będą też używane do warsztatów „W Obiektywie”. Celem pobytu u nas jest to aby być TU i TERAZ z rówieśnikami, ze sztuką, z przyrodą…
W razie jakichkolwiek pytań prosimy o kontakt:
Marlena i Paweł Pachla
+48 730 410 604


POZDRAWIAMY i ZAPRASZAMY

wtorek, 28 lutego 2017

czekałam


Czekałam na ten moment od listopada. Wtedy spadł pierwszy śnieg i trzymał do teraz. Zima była piękna, długa a momentami sroga. Były biegówki, szaleństwo na śniegu, urocze widoki, kulig, szyby malowane mrozem, ślizgawica. W piecu paliliśmy ostro i dzięki temu przeżyliśmy ten czas w cieple. Wełniane skarpety też robiły swoje. 

Ciężko powiedzieć czy to już faktycznie koniec czy jeszcze nie raz do nas zawita ale faktem jest, że słonko coraz śmielej wychyla swe oblicze, ziemia rozmarza, jest gliniasto i błotniście i widać już po woli kres zimy, która w tym roku rozgościła się solidnie. 

Każdego dnia widzimy z okien coraz mniej zalegającego śniegu a coraz więcej ukazuje się ziemi, pól i łąk. A dziś niespodzianka w postaci pierwszych kiełków cebulowych roślinek. Dzieje się!






piątek, 10 lutego 2017

łyżwiarstwo figurowe

Zima trzyma i powiem szczerze, że mam już tej zaokiennej aury nieco dość. Jeszcze jak świeci słonko i jest jasno i przejrzyście to super ale jak nad Naszą Polanę wejdzie chmura albo mgła (którą swoją drogą bardzo lubię ale w ilościach rozsądnych) to potrafi tak trzymać kilka ładnych dni a wtedy dopada człowieka chandra. Choć ja, z natury raczej optymistyczna, rzadko ją miewam to jednak bywam w jej szponach. 

Oczywiście znam leki na takie przypadłości i nie są to żadne farmakologiczne rozwiązania, tylko np. spacer z uśmiechniętym Bronkiem i księżną Voltą, dobry film, książka, czasem lampka wina, no a nade wszystko miła rozmowa z pozytywnymi ludźmi, których na szczęście na Naszej Polanie nie brakuje. Bo jak nie ma Gości to zawsze jest przecież najbliższa sąsiadka i takie zwykłe pogaduchy z nią nad kubkiem herbaty też dobrze robią na psyche i wtedy można wracać i dalej oglądać, czytać, dziergać...

Nie mniej jednak tęskno mi już okrutnie do grzebania w ziemi, do widoku pierwszych kiełków wychylających na światło dzienne, do zapachu gleby po zimie, do leżącej Volty na rozgrzanym od słońca asfalcie, do spacerów, do długich dni, do wiosennej burzy, do tęczy zwiastującej pewien rodzaj nadziei i szczęścia. 

No ale moment jest idealny bo to wszystko przecież lada moment wreszcie przyjdzie a to oczekiwanie sprawia, że chandra odchodzi na bok, słoneczne myśli kłębią się w głowie i jest po prostu lepiej. 

Ale chwilowo i nadal jeszcze jesteśmy w aurze zimowej.
Wczoraj moja serdeczna koleżanka z liceum zamieściła na facebooku link do występu sportowców jazdy figurowej na lodzie w tegorocznych Mistrzostwach Europy w Czechach. No i obudziły się wspomnienia!!! Przyznam szczerze, że jako dziewczynka a potem nastolatka oglądałam zawsze namiętnie wszystkie transmisje z tego typu zawodów. Mistrzostwa Świata, Europy, Olimpiady... musowo byłam przed TV i kibicowałam oczywiście w pierwszej kolejności naszym. Jednak niestety Polacy słabe wyniki zazwyczaj mieli. Pamiętam tylko Grzegorza Filipowskiego, który złotego medalu nigdy na tak prestiżowych zawodach nie zdobył ale to było nazwisko, na które się czekało. Czołówka jak wiadomo, obsadzona była zazwyczaj przez były Związek Radziecki i oni faktycznie precyzją, wrażeniami artystycznymi i technicznym przygotowaniem pokonywali większość zawodników. Wykonania tańców do muzyki klasycznej to były istne perełki, a potem na koniec to wzruszenie, a czasem płacz bo jakiś piruet nie wyszedł, bo upadek... a następnie te kwiaty w foliach rzucane na taflę lodu i maskotki dla ulubieńców... no i czekanie na noty. 6.0 - i te dreszcze i te stroje i do dyszenie umęczonych ciał.

Wczoraj wróciło wszystko ze zdwojoną siłą bo przypomniałam sobie rodzeństwo Duchesnay, pamiętacie? Reprezentanci Francji a tak naprawdę to chyba obywatele Kanady, ludzie, którzy na lodzie zrobili rewolucję i pokazali takie układy, które wprawiły w osłupienie jurorów i którzy ku memu wielkiemu rozczarowaniu nie kupili kompletnie tego stylu. Chyba nie byli gotowi na taką nowoczesność w dyscyplinie, która rządziła się wtedy swoimi prawami i na pewne układy choreograficzne trzeba było jeszcze zaczekać.



Jednak rodzeństwo Isabelle i Paul Duchesnay to był mój ideał. Chciałam być jak Isabelle i mieć takiego partnera jak Paul i sunąć na tych cieniutkich łyżwach po śliskim lodzie i żeby mi się tak rozwiewała podczas tańca zwiewna sukienka i żebym tak dyszała z wysiłku. 
Mama nawet zapisała mnie na jazdę figurową na lodzie ale po pierwsze byłam już chyba za stara (12 lat) a poza tym potem jakiś ortopeda partacz orzekł, że stan mojego kręgosłupa nie pozwala na uprawienie sportu i tak szybko jak się na tym lodzie znalazłam, tak szybko musiałam z niego zrezygnować. A mam wrażenie, że te treningi, które wcale nie miały być niczym wyczynowym, sprawiłyby, że mój kręgosłup byłby teraz w znacznie lepszym stanie. No ale.... nie czas na gdybanie. Wspomnienia najpiękniejsze wróciły a ja chętnie oglądam teraz wyczyny współczesnych zawodników i muszę przyznać, że poziom tańca poszedł znacznie do góry i cieszy oko nie mniej niż dawniej. Popatrzcie jak oni to robią, niewiarygodne!!! :-)


Ale żeby poszperać nieco w historii to zamieszczam tutaj link od mojego taty, który wczoraj podczas rozmowy o tym pięknym sporcie podsunął mi takie oto, prawie pierwotne, wykonanie mistrzów, którzy zapoczątkowali nową erę w łyżwiarstwie figurowym, kto ich pamięta?




środa, 1 lutego 2017

dezercja

Wiecie, że czasem życie pisze scenariusze najlepsze a tym razem to życie napisało nowy post na bloga. Zniknęły mi dziś oba psy. Nigdy się to nie zdarza bo Volta jest zawsze koło domu, szybko marznie i jak nie ma słońca to momentalnie chce wchodzić do domu a Bronek nawet jak gdzieś odbiegnie to zaraz jest również pod domem. Nieco rozpieszczone te nasze wiejskie pieski są ale tak mają i inaczej mieć nie będą. A dzisiaj... uświadomiłam sobie, że od ponad godziny nikt nie drapał w drzwi, nikt nie piszczał ani nie podskakiwał do klamki.
Wyszłam.
Wołam.
Gwiżdżę.
Krzyczę.
Po woli zaczynam się denerwować bo takie akcje nie są mi znane z tym duecikiem.

Poszłam do sąsiadki, która mówi, że jeszcze godzinę temu widziała jak Volta chodziła po jej podwórku. Sąsiad uspokajał, że "wrócą" a ja w nerwach bo jak wrócą, jak ich nie i nigdy tak nie robili. Nagle sąsiadce zadzwoniła komórka. Ponieważ w domu mają słaby zasięg to wyszła na zewnątrz żeby odebrać. Wraca za moment i mówi, że to dzwoniła Pani Marysia z dołu, które tutaj do nas na wzgórze przychodzi do swego taty i Bronek z Voltą odprowadzili ją do domu, czyli na sam dół. Mówiła im podobno żeby wracali ale jak Volta z Bronkiem znajdą kogoś znajomego w celach spacerowych to sobie tak łatwo nie odpuszczają. Szczególnie Bronuś lubi wycieczki na dół.
No to wsiadłam do auta i pojechałam po moje zguby, które powitały mnie jednak nieco stęsknione a Bronisław nawet dał buziaka w twarz, czego raczej nigdy nie czyni. Dobrze, że Pani Marysia je zamknęła za ogrodzeniem bo na dole to już jeżdżą auta znacznie częściej i znacznie szybciej niż u nas.
I tak to właśnie dezercja czworonogów pozbawiła mnie dzisiejszej jogi :-(. Nie zdążyłam.

Ale jeszcze organizacyjnie....



Trwają podszyte nutką podekscytowania przygotowania do wiosennych warsztatów, więc siłą rzeczy myśli krążą już mocno ku przyszłości. Dziś dopięłam program i jestem z niego zadowolona a będę bardzo zadowolona jeśli w efekcie to Uczestniczki wypowiedzą się o nim pozytywnie. Tymczasem można się z nim zapoznać już TU.
Czekam nadal na zgłoszenia bo zostało jeszcze kilka miejsc. Wierzę, że i tym razem zbierze się piękna i niezwykle inspirująca grupa fajnych kobiet i że tak jak poprzednim razem odnajdziecie się w naszej przestrzeni, na Naszej Polanie i podczas licznych spacerów po okolicy, z widokami na Beskid Niski.

Na zgłoszenia czekamy do 20 lutego.