niedziela, 29 października 2017

goździkowo, imbirowo, cynamonowo

Nastała panna jesień w pełnej krasie. Jest ostatnio taka, jaką lubię tylko z perspektywy domowego ciepełka - wietrzna, zimna, deszczowa, brrrrr...... Co chwila za pomocą wiatru, ukazuje się słońce, po to tylko by ponownie zasłonić je ciemnymi chmurami, wraz z którymi pojawia się zacinający deszcz i klasyczna słota.

Okna umyte, tylko po co? Kot i tak w potrzebie zasygnalizowania, że gotów jest wejść do domu, smaruje po nich mokrymi łapami. A potem się tylko tłumaczę, że myłam, nie tak dawno, no ale...

Kury wyczekują na te chwile bezdeszczowe, otrzepując wtedy mokre skrzydła i wyłapując w trawie niezliczone ilości robaków, które jeszcze nie skryły się pod jesienną kołderką. Klasyczny obraz zmokłej kury + jeden zmokły kogut, występuje u nas w ilości konkretnej. Żal mi ich, że tak im mokro, że smutno, że się nie mogą w suchej ziemi porozkopywać, wygrzać, nacieszyć. Ale to pewnie tylko moje-ludzkie wyobrażenia. Może one lubią deszcz.

No i tak siedząc, dłubiąc na drutach, na szydełku, tęskniąc, czytając, oglądając i czochrając sierściuchy za uchem, myślę sobie, że dobra kawa z cynamonem, kardamonem i goździkiem na taki czas nie jest zła. Wierzę, że ilość pochłoniętych pestek słonecznika, orzechów laskowych i włoskich uchronią mnie przed infekcjami i przeziębieniami. Już dawno wprowadziłam do naszej kuchni tę wygodną profilaktykę, która odwdzięcza się potem brakiem kataru. Tak niewiele potrzeba a tak wiele się w zamian otrzymuje. Ile dobrej energii możemy sobie zapodać tylko i wyłącznie jedząc zdrowe rzeczy. Wtedy olewamy wszelakie tabletki, suplementy, witaminy przetworzone, bo wszystko to możemy dostać z produktów, które spożyjemy podczas przygotować do tych pór roku, gdy najbardziej będzie nam to potrzebne.

Nie bójcie się kaw z przyprawami ulubionymi, nie bójcie się dodawania oleju lnianego do porannego twarogu. Nie bójcie się wstawienia ziół w miejsce czarnej herbaty. Żyjcie zdrowo tej jesieni a potem już zawsze.


poniedziałek, 23 października 2017

po łemkowsku

Nasza Polana ma zaszczyt zamieszkiwać piękne tereny łemkowszczyzny. Tak się to po prostu zwyczajnie i naturalnie ułożyło. Skręciliśmy tu przecież z drogi nr 28 między innymi dlatego żeby te cerkiewki poznać, żeby we mszy łemkowskiej z totalnej ciekawości uczestniczyć, żeby nozdrzami zapach drewna starego poczuć ... i tak zostaliśmy. 

Od łemkowszczyzny trudno tu uciec i dobrze, bo piękna jest, bo oryginalna jej kultura, bo architektura, bo kuchnia, bo wreszcie pieśni i muzyka. Wbrew pozorom żyje łemkowszczyzna i moim zdaniem ma się dobrze. A może i jeszcze lepiej bo od czasu jakiegoś i my dokładamy do tego swoją cegiełkę. 

  
Jest nas piękna grupa kobiet plus jeden rodzynek Robert. Jest Ona czyli Mistrzyni Tradycji - Julia Doszna, która przekazuje nam to, co najcenniejsze. Podobno zamiar był taki żeby wcale nie uczyć nas śpiewać, choć w sumie wiele Julia robi byśmy śpiewali jak najlepiej. Trzymamy w dłoniach stare łemkowskie teksty, śpiewając uczymy się ich na pamięć  i chcąc nie chcąc dajemy im nowe życie, przekazujemy im nasze współczesne emocje, wkładamy swoje dusze, prywatne przeżycia, osobiste historie. Czasem odgrywamy scenki rodzajowe w tych pieśniach i bawimy się nimi. Patrzymy sobie w oczy lub je zamykamy i próbujemy aby muzyka, która wydobywa się z nas unosiła te pieśni jedynym i niepowtarzalnym rytmem. 

foto: Robert Werbanow

foto: Robert Werbanow

Z początku nieco wstydliwie i nieporadnie, ale teraz już znacznie pewniejsi siebie otwieramy się na nie, rozluźniamy zaciśnięte gardła i czujemy jak świat pięknieje gdy przepływa między nami dobra wibracja. Bo to się urodziło bardzo powoli. Odtwarzanie pieśni jest doświadczeniem niepowtarzalnym bo odtwarzaniem przestaje w pewnej chwili być i można z całą odwagą powiedzieć, że już coś... tworzymy. Własny ich charakter, który za każdym razem zależy od wielu czynników. Od pogody, od temperatury a może i od nastroju jednego z nas, który udziela się nieświadomie wszystkim. Czasem jest leniwiej a czasem poważniej, odważniej i weselej, a czasem sentymentalnie i wzruszająco. 

foto: Robert Werbanow

foto: Robert Werbanow
Wiele osób, nawet tych które mnie dobrze znają, nie wie że zawsze marzyłam o śpiewaniu. Marzyłam o tym aby stanąć nad potokiem, idąc przez lasy, góry czy doliny móc wyśpiewać ten świat, emocje, historie... Najpiękniejsze, że nie ważny jest przy tym za bardzo talent, a jedynie chęć. Tak wiele słuchamy muzyki a tak mało jej w obecnych czasach śpiewamy. Cieszę się, że mam możliwość robić to drugie, w towarzystwie pięknych ludzi, których wolnymi i małymi kroczkami poznaję. Pod okiem najlepszego z pedagogów, który nie sili się na bycie naszą nauczycielką ale partnerką w tym co wspólnie co piątek wyśpiewujemy. Dziękuję*


* Dziękuję Klaudii Zbiegeń za możliwość wspólnego śpiewania pieśni, a Julii Dosznie za to, że tak systematycznie, delikatnie i bez cienia nacisku rozluźnia nasze gardła i nasze dusze :-)


a na Łemkowynie nawet koty śpiewają :-)
foto: Robert Werbanow




środa, 11 października 2017

życiowe rozkochanie

Tak, jest ono, to rozkochanie w aktualnym życiu, w doświadczaniu codzienności, w kontemplowaniu tego co TERAZ. Jest moc pracy i czasami ogromne zmęczenie, znużenie wykonywaniem czynności powtarzalnych, jednak to mija i zawsze na końcu jest nagroda czyli życie TUTAJ.

Choćby nie wiem co się działo i jak było słabo i trudno to jednak zawsze w ogólnym rozrachunku jest po prostu dobrze, tak jak trzeba.

Minione miesiące bardzo pracowite. Obłożenie wakacyjne bardzo wysokie. Goście wspaniali i zadowoleni z pobytu u nas, pośród gór, w przyrodzie, ze zwierzakami. Wiele znajomości przerodziło się w coś więcej. Wracamy do siebie w myślach, w sms`ach, w kartkach z wakacji, w wreszcie w  facebookowych relacjach, które też są piękne i ważne. Wiele przegadanych godzin, niedospanych nocy, ale jednak radosne jest uświadomienie sobie, że tyle nas łączy - zainteresowania, poglądy życiowe, literatura, kino, opowieści.

Najpiękniejsze jest to, co zawsze podkreślam czyli po prostu ... gdy jest wzajemna wymiana energii, wszystko idzie jak z płatka. My dajemy siebie, Oni - Goście dają nam swój świat. Otwieramy się na siebie, czasem szybciej, czasami wolniej. Dłuższy pobyt kogoś sprawia, że to wszystko idzie jakby w ślimaczym tempie, ale z drugiej strony... gdzie tu się spieszyć?

A potem siedzimy razem i nie wiadomo kiedy nagle ktoś zupełnie nam parę dni temu obcy, staje się bliską osobą, pełną czułości, wzruszeń, dobrej opowieści, miłości do świata.

Ale taką sytuację można stworzyć tylko wtedy, gdy każdy z nas wie po co TU jest. Gdy Goście przyjeżdżają świadomie do Naszej Polany i nie oczekują, że spotka ich tu pensjonat, pokoje do wynajęcia, poziom hotelowy, czy klasyczne Bed and Breakfast. Goście, którzy wiedzą o co chodzi, przyjeżdżają tu z jednej strony po wypoczynek, po relaks i jedzenie ale z drugiej podskórnie chyba po prostu chcą COŚ przeżyć, z CZYMŚ wyjechać. I dlatego chcą nam też COŚ zostawić, CZEGOŚ tu dorzucić by ponownie nam się chciało, by bilans wychodził zawsze na plus.

I wtedy, jeśli tak właśnie jest (a na razie "odpukać" jest) to nie pamięta się bólu kręgosłupa, gorszego dnia, chwilowych słabości.

Pamięta się jogę o 7:00 rano z dziewczynami wspaniałymi, pamięta się, że ktoś zakochał się w naszym kocie, że ktoś chce porąbać drewno albo zwyczajnie skosić nam trawę (bo nigdy tego nie robił). Pamięta się zachody i wschody słońca, ogniska wspólne, uśmiechy i pomoc w kuchni.

Jest energia wymienna, jest życie.

No i lokalnie też jest to tytułowe rozkochanie. Zaskakująco wielka grupa genialnych ludzi zamieszkuje te tereny. Dzięki nim rozwijamy swoje pasje, realizujemy marzenia, orientujemy się, że cuda są tak blisko nas. Serdeczność, otwartość serca, dobro.

Nic więcej po tak długim czasie nie jestem w stanie napisać.

Wdzięczność ogromna wypełnia mnie całą.

foto: Paweł Pachla

środa, 24 maja 2017

magic moments

Zazwyczaj wieczorem, po zachodzie słońca ale też wczesnym rankiem, zaraz przed wschodem (jeśli zdarzy mi się obudzić) a już na pewno o każdej porze dnia gdy jest chwilę po deszczu... na łąkach, pod lasem pojawiają się one - dostojne, pełne gracji, nieco płochliwe i ogromnie cieszące moje oko... łanie, sarny, koziołki a jak się ma więcej szczęścia to i jelenie.

Koło naszego domu bywają często. Bliżej podchodzą po totalnym zmroku i wtedy do akcji wkracza zazwyczaj Bronek i ze szczekiem godnym wiejskiego psa, wylatuje na pola i ujada. A ujadać to on potrafi i jak się wkręci to mimo iż zwierzyna dawno przegoniona, to on nadal szczeka w dal co odbija się echem po całym naszym przysiółku.

Ale ja cenię te chwile, kiedy czujność Bronka jest nieco uśpiona, albo gdy ja sprytnie tak poprowadzę go na spacer, że jego uwaga odciągnięta jest w inną stronę bo mniej więcej już wiem gdzie i o której można je spotkać.

I gdy się uda zastać je pod lasem na kolacji pełne soczystej trawy to one zauważając mnie po prostu stoją i patrzą mi w oczy. I ja wtedy staję i patrzę w oczy im. I choć dzieli nas kilkadziesiąt metrów to doskonale wiemy, że tam jesteśmy. I gdy one widzą, czują że nie ma z mojej strony żadnego zagrożenia to potrafią wrócić spokojnie do posiłku a ja wtedy radośnie kontempluję fakt, że jednak nie uciekły.

I ta cisza w koło, ten spokój końca dnia lub nadzieja budząca się o poranku, ten stan świata, w którym na moment wydaje się, że nie ma dookoła żadnych absurdów, że nie ma cywilizacji, że są tylko one i że tylko ja na nie patrzę... Kolejny argument potwierdzający, że oto jesteśmy we właściwym miejscu.

http://www.wild-scotland.org.uk

czwartek, 18 maja 2017

trochę praktycznego info

Ostatnio się tak wzięło i poetycko na Naszej Polanie porobiło. Chłopa nie ma w domu to babie odwala. Ale żeby nie było, że ja tylko rozmyślam i analizuję, przeżywam i wspominam. O nie!! Praca wre na całego i jak są Goście to wiadomo, że większość czynności kręci się wokół nich ale gdy pojadą to zaczynam działać i to ostro. ON powiedział, że kwiatów ma być u nas ... milion!!!! Sądzę, że będzie jeśliby policzyć te wszystkie kwitnące mniszki, przetaczniki, kurdybanki, niezapominajki, bratki i stokrotki. A będzie jeszcze więcej bo czekam i codziennie im się przyglądam i podglądam i zaglądam.


Po woli już zaczynam kumać, że ilość jest OK w kwiatach ale jeszcze musi być jakość. Rok temu posadziłam wszystko zdecydowanie za gęsto. Jedno przytłumiło drugie. A ogród to w sumie jak szachy, musisz wyprzedzać ruchy przeciwnika i to o całe tygodnie. Chyba tym cyniom nie będzie za ciasno.


A to moja pierwsza i ulubiona grządka między śliwami. Dzieje się tam i to dużo ale jednak postawiłam na skalniaczki głównie, choć widać bratki, którym nie mogłam się oprzeć zaraz po zejściu ostatnich śniegów. Między nimi wysiały się z zeszłego roku nagietki, a w innych czeluściach tej grządki są goździki, coś się będzie też pięło (ale nie groszek, ten był rok temu). Są też dwie hortensje. Zobaczymy!


O i pranie zrobiłam! Nie jedno!


 A tu mi rośnie cała grządka czegoś co nie wiem jak się nazywa ale wiem jak będzie wyglądało. :-) Nie mam głowy do tych niepospolitych nazw.


Tulipanów za rok muszę posadzić znaaaacznie więcej.


 Malwy, na których zakwitnięcie czekam już 3 rok. Sama je wysiałam z nasion. Wierzę, że w tym roku wreszcie ujrzę ich prawdziwe oblicze.


Niektórzy już w blokach startowych.


Maciejka będzie wszędzie dosłownie. No prawie ... :-)


Przerzucam co parę dni lewy kompostownik. Prawy się wypełnia. ON zrobił. Piękny, prawda?  :-)


No i jak to miejscowi mawiają, co roku inny rok jest. Tamtego lata nie miałam prawie wcale cebuli. Pewnie coś pokićkałam z sadzeniem. Ale teraz jest istny las i cebule rosną jak szalone.


W oczekiwaniu na pierwszą truskawę. :-)


A oto jest i moje marzenie. Sama dziś montowałam i wierzę, że wiatry mu nie straszne. Tunel foliowy jak określa to producent, a dla mnie to namiocik na pomidory. Parno tam cholernie i mam wrażenie, że moje rozsady będę się tam czuły jak w jajku.





I w całości. A dalej: marchew, rzodkiewka, kolendra, fasola, rukola, cukinia i ogórasy. Czekamy na plony.

A pranie cały czas schnie.


środa, 17 maja 2017

i kto by pomyślał?

Niby wiosna, a momentami już lato pełną gębą, a ja wewnątrz jakaś sentymentalna. Wracam bardzo często myślami do tych chwil, gdy dopiero to wszystko planowaliśmy, gdy informowaliśmy o emigracji z miasta i na moment z kraju, gdy organizowaliśmy, załatwialiśmy całą masę niezbędnych, mniej potrzebnych i KOMPLETNIE nieprzydatnych potem rzeczy. Wracam myślami do tych pierwszych chwil w obcym kraju, słysząc obcy język i dostosowując się (lub nie) z bólem do nowego ładu i porządku. Jeżdżę sobie w myślach na rowerze po tych niemieckich trasach, uliczkach, szlakach. Wracam do dialogów z naszymi klientami, przypominam sobie ogrom pracy i poświęcenia. I jest we mnie niebiański spokój. Radość i satysfakcja, że kolejna część mojej drogi życiowej choć w górach to w porównaniu do przeszłości idzie kompletnie z górki. Jasne, że są problemy i inne zagwozdki życiowe, któż ich nie ma...(?) ale chyba faktycznie jeśli przejdzie się przez te bagna, grząskie tereny i nierówności i wyjdzie się z tego cało to potem może być tylko  lepiej i tylko łatwiej.

Zastanawiam się skąd brałam wtedy siłę i motywację do codziennego wstawania, pokonywania dziesiątek kilometrów po mieście po to tylko aby jeden z drugim miał czysty kibel i błyszczący zlew w kuchni. Nasza Polana była tą motywacją i całokształt skoncentrowany wokół niej. Ale teraz, patrząc z perspektywy czasu, choć ogarnia mnie spokój to jednak nie wiem czy byłabym obecnie gotowa na takie poświęcenie. No wiadomo, nie ma już tej determinacji, jest inny etap, jest inna walka, plany, ich realizacja, rozłąka z Nim od czasu do czasu... Ale to wszystko idzie swoim rytmem i mam wrażenie, że wszelakie decyzje okazały się najlepszymi z możliwych. Sucha i zimna kalkulacja? Nie, to była raczej intuicyjna rozgrywka wielu za i przeciw. Nigdy pieniądz, a prawie zawsze miłość od pierwszego wejrzenia. Udaje się!

Jest naprawdę dobrze, tam i tutaj wewnątrz mnie. Zapanowała harmonia choć przecież w tak wielu sprawach chciałoby się żeby może poszło inaczej. Ale co mogę to mogę, a na co nie mam wpływu to nie mam. Tak niewiele a tyle czasu zajmuje człowiekowi zapanowanie nad tą prawdą i wprowadzenie jej, nie jako sloganu do swego życia, ale jako dewizy przyświecającej od rana do wieczora. Grunt żeby rozpoznać na co wpływ jest a na co nie ma. Bo to dodaje sił. Bo to sprawia, że nie tracimy czasu na zbędne rozkminy, żale, pretensje, oczekiwania. Dlaczego nie uczą nas tego w szkole? O ile mądrzejsi wyszlibyśmy w świat. O ile mniej byłoby depresyjnych stanów, walenia głową w mur.

Tak mi się wzięło i porobiło.

Jeszcze się uczę, że ta moja codzienna praca jest tak inna od tego wizerunku pracy wpajanego nam od dziecka. Że jest w niej ten balans, z którego dawniej nie zdawałam sobie nawet sprawy, że może finanse są znacznie mniejsze od ... no właśnie od jakich...? ale przecież starcza na chleb, na życie, na karmę dla czworonogów, na jeżynę bezkolcową i dwie kaliny...

I już nie zamartwiam się nerwowo o to co za rok, za pół, za trzy. Czy nam starczy, czy się wyrobimy. Wszystko idzie sobie w swoim tempie i nie ma co wybiegać myślami za daleko. Bo i po co? Nie mam wpływu na to, co za 4 miesiące się wydarzy. A może zadziać się wiele. Czterdzieści lat życia spędzone po to żeby pojawił się nie tyle ten wpis co TEN STAN w mojej głowie, w mojej duszy, w każdej komórce.

I kto by pomyślał...

Dobrego dnia dla WAS, uważnego, niespiesznego, radosnego.












czwartek, 11 maja 2017

wdzięczność

Czas samotności lubię tak samo bardzo jak gwarne chwile pod naszym dachem. Ważna jest równowaga i chyba ona panuje w naszym gospodarstwie domowym. To ważne. Oddziałuje bezpośrednio na moje samopoczucie. Po wyjeździe gości krzątam się po domu, koło domu, dalej od domu i wspominam zdania, słowa, uśmiechy i gesty. Mam wrażenie, że tyle ile udaje mi się ofiarować Gościom, tyle samo a może i więcej otrzymuję z powrotem. Ktoś powiedział, że moja praca to taka robota usługowa. Z dalszej odległości pewnie tak. Pełnimy usługi. Serwujemy posiłki, sprzątamy pokoje. Pierzymy, dbamy o czystość i schludny widok tego miejsca. Jednak to tylko baza. Reszta dzieje się poza nami. Odbywa się i wdzięczność przeogromna za te chwile wypełnia serce i duszę.

Gdzieś tam, w Polsce zostali wszyscy nasi bliscy. Tęsknota bywa mocna. Ale Ci co przyjeżdżają są niejednokrotnie jakby wysłannikami tej dobrej wieści, energii od nich. Stają się kimś bliskim, o kim się myśli i wspomina. Życie!

Zaokienne widoki są obecnie anielsko piękne. Przepełniają ten krajobraz intensywne odcienie zieleni i błękitu. Łąki pokryły się kobiercami mniszka, którego obfitość sprawia, że każdy kadr jest jak idealny obraz najlepszego z malarzy. Pobzykują pszczoły, koło ucha latają muchy, na kwiecie zasiadają biedronki. Świat ożył. Nie trzeba mu wiele czasu po tych chłodach. Czekał w blokach startowych na swoje przedstawienie, spektakl idealny bo stworzony przez Matkę Naturę.

A ja sieję, pielę, kopię, podpatruję. Za paznokciami znów ziemia, skóra szorstka, ale za to sen spokojny.












czwartek, 4 maja 2017

WYMIENNIK

Wiele osób, które o nas wiedzą albo nas już po prostu odwiedziły, wykazują często chęć pomocy. Rodzina i znajomi pomagali nam nie raz i ich pot już na zawsze zatopiony będzie w czeluściach pod podłogą, tudzież w ziemi albo na dachu. Wspólna praca idzie zawsze sprawnie i wesoło. Po niej pojawia się niezastąpiona niczym satysfakcje z wykonania czegoś co już na długie lata będzie efektem tej konkretnej pracy tej konkretnej osoby. Zdarzało się nam, że pracownicy na co dzień tzw. biurowi zapragnęli zobaczyć wreszcie jakieś wymierne i namacalne efekty własnych działań. I to daje im praca przy Naszej Polanie. Zdarzało się, że muzyk kopał z nami fundamenty pod legary podłogowe, a członek zarządu dużej firmy rąbał z nami drzewo i w pocie czoła układał zapasy na zimę. To niezwykle cenne gesty i zawsze jest nam niezmiernie miło jeśli ktoś totalnie bezinteresownie chce i pomaga. 

My w takich sytuacjach staramy się odwdzięczyć tym, co mamy, co wytwarzamy, co zakręcamy w słoikach... Tym razem możemy się odwdzięczyć czymś jeszcze... po prostu pobytem u nas, w naszych przygotowanych już od paru miesięcy pokojach... Postanowiliśmy zaprosić trochę bardziej oficjalnie na WYMIENNIK !!!

WYMIENNIK NA NASZEJ POLANIE. 
Kochani, jeszcze nie znamy dokładnej daty ALE na przełomie maja i czerwca organizujemy u nas WYMIENNIK USŁUG - my Wam damy dach nad głową, dobrą strawę, nasze skromne towarzystwo, wszechstronne umiejętności mojego Męża, piękne okoliczności przyrody i możliwość wędrówki po beskidzkich szlakach a Wy nam swoją siłę, energię i pomoc przy pracach wykończeniowych naszego domu. W planach: nauka pracy z drewnem czyli przygotowanie desek na pokrycie dachowe, budowa tarasu i inne ciekawe drewniane (i nie tylko) sprawy. Na razie potrzebujemy 2-3 osoby. Termin do ustalenia indywidualnie. Kto chętny zapraszam do pisania na maila naszapolana@gmail.com ZAPRASZAMY SERDECZNIE!!!




energia zwrotna

Majówka jest momentem w naszym obecnym życiu, kiedy to wrota naszego domu otwierają się szeroko na gości a oni tłumnie przybywają pod strzechę. Nie... no nie znowu tak tłumnie bo miejsc noclegowych mamy raptem 11 :-), jednak wtedy chata wypełnia się nie tylko ludźmi ale i energią, jaką ze sobą przywożą. Pamiętam jak Jola z Jolinkowa przed laty próbując ukazać nam prawdziwe oblicze prowadzenia takiego domu gościnnego, uprzedzała nas wcale nie głaszcząc przy tym po głowach i pytała "ale czy Wy wiecie, że musicie lubić ludzi???, jeśli nie macie do nich cierpliwości to się za to nie bierzcie, zastanówcie się czy jesteście gotowi na obecność w domu ciągle nowych, innych osób...?" tak brzmiały mniej więcej Joli słowa i często sobie o nich przypominam bo była jedyną osobą, która tak szczerze i bez ogródek o tym mówiła.

Gości faktycznie jest u nas coraz więcej i przybywają z przeróżnych stron Polski, z różnych środowisk, z najróżniejszymi doświadczeniami i pewnie oczekiwaniami. Spotkania pod naszym dachem jednak sprawiają, że większość energii, jaka się wymienia między nami dotyczy dokładnie tego o co chodzi na Naszej Polanie. Otaczają nas stare prawie 90-letnie bale, na środku chaty stoi ogrzewający wielki gliniany piec (made by ON), za oknem świergolą ptaszęta, u nóg leżą nasze lub gościnne psy, popijamy ziołowe herbatki i albo rozmawiamy albo milczymy. Gdy ktoś ma ochotę to leży i czyta, drzemie, spaceruje albo oddaje się innym swoim pasjom. Tutaj jest na to czas i miejsce. Tutaj jakby wszelkie miastowe stresy nie docierają a wiejska atmosfera włazi oknami i szparami i sprawia, że jest po prostu dobrze.

Między nami a Gośćmi dochodzi do wymiany energii, z której (przynajmniej ja - wierzę, że Goście również) korzystam jeszcze przez wiele dni. Wspominam potem rozmowy, uśmiechy, zrelaksowane twarze, raduję się gdy ktoś wchodzi do nas i od progu czuje się jak w domu, a nasze zwierzaki witają się z daną osobą, jak z dawno nie widzianym przyjacielem. To się po prostu dzieje i nie jest niczym zaplanowanym, nie jest elementem żadnego scenariusza. Natura, przyroda, niewidzialna aura. która po prostu bierze górę. I dobrze.

Na jednym z blogów, które w pigułce bez zbędnych słów, opisują często w punkt, to co mi w duszy gra, przeczytałam ostatnio "NIECHAJ BĘDZIE GDZIEŚ MIEJSCE, GDZIE MOŻESZ NATURALNIE, SPOKOJNIE ODDYCHAĆ I NIE MUSISZ Z TRUDEM CHWYTAĆ POWIETRZA. MIEJSCE, GDZIE TWÓJ UMYSŁ MOŻE BYĆ BEZCZYNNY I ZAPOMNIEĆ O WSZYSTKICH SPRAWACH" Thomas Merton

Mam nieodparte wrażenie (i wierzę, że nie zakrada się tu ani krztyna próżności), że udało się nam stworzyć takie miejsce. Że mimo iż jest to nasze miejsce pracy to jakoś dziwnym trafem udaje się nam w nim spokojnie oddychać i bez trudu chwytać powietrze. To chyba największy nasz sukces.

foto: Klar Klar :-)
foto: Klar Klar

czwartek, 20 kwietnia 2017

dezorientacja kwietniowa


Codzienne obchody dookoła domu dawały wiele radości. Powolne obserwacje rosnących kwiatów cebulowych, trawy, pokrzywy, mięty i innego ziela były obowiązkowym punktem każdego dnia. Psy wygrzewające się w słońcu na trawce, ptactwo wszelkiego rodzaju śpiewające najpiękniej i głośno, ruch ciągników we wsi. Nawet ból w plecach po skopanym ogródku warzywnym był elementem tego zamieszania. Wszystko przygotowane, wszystko w blokach startowych. Kury po sąsiedzku radośnie przemierzające łąki w poszukiwaniu przysmaków. Życie budziło się i .... nagle zamarło. 

To nie jednorazowy spadek śniegu tylko powrót zimy, która od trzech dni nie odpuszcza. 


Zatem trzeba się ratować domowymi sposobami na wywołanie jej ponownie. A ja w cieple pieca powróciłam grzecznie i zgodnie z prawami natury do wytwarzania skarpet. Dezorientacja jakoś musi być zaakceptowana.