czwartek, 20 kwietnia 2017

dezorientacja kwietniowa


Codzienne obchody dookoła domu dawały wiele radości. Powolne obserwacje rosnących kwiatów cebulowych, trawy, pokrzywy, mięty i innego ziela były obowiązkowym punktem każdego dnia. Psy wygrzewające się w słońcu na trawce, ptactwo wszelkiego rodzaju śpiewające najpiękniej i głośno, ruch ciągników we wsi. Nawet ból w plecach po skopanym ogródku warzywnym był elementem tego zamieszania. Wszystko przygotowane, wszystko w blokach startowych. Kury po sąsiedzku radośnie przemierzające łąki w poszukiwaniu przysmaków. Życie budziło się i .... nagle zamarło. 

To nie jednorazowy spadek śniegu tylko powrót zimy, która od trzech dni nie odpuszcza. 


Zatem trzeba się ratować domowymi sposobami na wywołanie jej ponownie. A ja w cieple pieca powróciłam grzecznie i zgodnie z prawami natury do wytwarzania skarpet. Dezorientacja jakoś musi być zaakceptowana. 







poniedziałek, 17 kwietnia 2017

bez smyczy

To były piękne 3 dni. I nawet nie idzie o to, że święta, że z rodziną JEGO, że nie przy stole tylko na spacerze i przy grach i rozmowach rodzinnych, i ogólnie na wyjeździe - a z naszego pięknego wiejskiego grajdołka też czasem fajnie jest wyjechać i zmienić region na równinny, gdzie horyzont sięga znacznie dalej niż u nas.

Było pięknie z zupełnie innego powodu.

Nie jestem niewolnicą gadżetów elektronicznych. Nie posiadam smartfona więc na telefon nie przychodzą mi żadne powiadomienia za wyjątkiem smsów (nawet mmsów mój "zaawansowany" telefon nie odbiera) i zwykłych rozmów telefonicznych. Telefony, w porównaniu z moim miejskim życiem dzwonią znacznie rzadziej i w zasadzie mnie to cieszy. Lubię pogadać, przez telefon też, ale maniakalną fanką tej czynności nie jestem.
A tu w święta taki oto prezent od jednej z sieci komórkowych: miałam do niedawna telefon na doładowanie, bez abonamentu. Obecnie kończy nam się umowa internetowa z jedną ze znanych sieci i w ramach polepszenia sobie warunków finansowych tego zobowiązania, mam w tej samej cenie co dotychczas nie tylko internet ale i 1 numer bez ograniczeń do wszystkich sieci. Zależało mi rzecz jasna na zostawieniu starego numeru, więc został on w czwartek przeniesiony do nowej sieci. Poinformowano mnie (błędnie), że w chwili gdy usługi w starej sieci przestaną być aktywne, powinnam zmienić kartę na tę nową i będę miała je aktywne w nowej sieci. Tak się jednak nie stało bo w sobotę już nie udało im się tego numeru przenieść a wiadomo, że święta to święta....

I tak oto stało się, w sumie nic wielkiego, nic znaczącego a jak wiele zmieniającego w jakości życia przez tych parę dni. Telefon milczał. Internetu nie potrzebowałam. Laptop został by się kurzyć w domu. Rzec by można "było idealnie". I tak było w rzeczywistości.

Ta smycz, do której kurczę jednak jesteśmy przyspawani. Ten facebook, który kusi, ten email sprawdzany po kilka razy dziennie a przecież można by raz, wieczorem, hurtem, wszystko.

Martwią mnie bardzo, cholernie, okrutnie i przesmutnie te wszystkie głowy schylone i skierowane wiecznie w ekrany smartfonowe. Martwi mnie, że rezygnujemy z map papierowych na korzyść GPSów, które ogłupiają, nie pozwalają myśleć ani zastanowić się gdzie aktualnie się znajdujemy. Brak zasięgu w jakimkolwiek z urządzeń wpędza nas w poczucie paniki a tym samym tracimy poczucie bezpieczeństwa.

Nie umiem się odnaleźć w tym świecie coraz mocniej z elektronizowanym. Wszędzie każą nam coś aplikować, płatności kartami kredytowymi (również nie posiadamy) odcinają nas niejednokrotnie od różnych usług na tym świecie, bo czasami inaczej już zapłacić nie można. Wtedy pomagają przyjaciele, którzy mają i którym to służy i którzy lubią i odnajdują się w tym labiryncie cywilizacyjnym. Ja coraz mniej.

Luzuję sobie tę smycz i dobrze mi z tym luzem choć wiem, że zawodowo odciąć się od wszystkiego na razie nie sposób. Internet jest bowiem najlepszym kanałem na dotarcie do potencjalnych Gości Naszej Polany i tutaj po prosu godzę się na to bo wyjścia innego nie mam. Może kiedyś osiągniemy jako Nasza Polana taki status na mapie Polski, że poczta pantoflowa zadziała milion razy lepiej niż światłowody i satelity. Modlę się o to i czekam z utęsknieniem na taki moment.

Tymczasem raduję się me serce (do jutra) z powodu ciszy w telefonie komórkowym. Ściskam i życzę luzowania smyczy. To my rządźmy tymi urządzeniami i nie pozwólmy żeby było inaczej.


czwartek, 6 kwietnia 2017

kto wpuścił kota...?

No o tym, że nie da się pisać jednego posta dziennie to już nie muszę wspominać bo to widać czarno na białym. Tego właśnie między innymi nauczyło mnie życie na wsi: że nie ma co robić pewnych rzeczy na siłę, każda czynność ma swój czas i na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Życie toczy się swoim rytmem i na to, na co mogę wpływać to chętnie wpływam i kieruję swoim życiem w wybranym kierunku ale inne sprawy pozostawiam własnemu tokowi i chyba tak jest najlepiej.

Siedzę dziś przy stole bo zaokienna pogoda nie namawia do prac na zewnątrz. Deszcz przeplata się ze śniegiem i gradem, momentami zawiewa solidnie a chwilami zza gęstych chmur pojawiają się nieśmiałe promienie słońca. Jednak zimno jest i siedzę przy piecu i raczę się herbatką i tak właśnie mija dzień kwietniowy.

A z kotem to jest tak, że mi się już którąś noc zdarza sytuacja następująca, że kot około 4 rano prosi o wypuszczenie na zewnątrz, co czynię każdego dnia i potem idę z powrotem spać. Budzę się potem o świcie i jestem przekonana, że kota nie ma w domu a kot jest... wyłania się zza pieca lub śpi na kanapie a ja daję sobie rękę uciąć, że go nie wpuszczałam, a i okna wszystkie pozamykane są w domu, a i o moim lunatykowaniu nic nie wiem... zatem kto wpuszcza kota???? JEGO chwilowo nie ma... a nawet jak jest to ON nie reaguje nigdy na stukanie kocie w okienko bo ON śpi snem sprawiedliwego zawsze i wszędzie.

Pierwiosnki, krokusy, żonkile są... tulipany już w blokach startowych, pąki na drzewach szykują się do wystrzału, ciągniki we wsi idą w ruch, moja łopata także.

Szykujemy się do sezonu letniego mentalnie już i przybywa nam rezerwacji co cieszy niezmiennie i niezmiernie. W tym roku szykujemy dla młodzieży krótki obóz o różnorodnej tematyce. Mamy już sporo chętnych, zostało jeszcze kilka miejsc. Dla chętnych szczegóły zamieszczam poniżej....



Kochani,
zapraszamy Waszą latorośl na radosne i pełne nowych doświadczeń wakacje do Naszej Polany. Tutaj czas płynie nieco inaczej niż wszędzie więc i zajęcia muszą być wyjątkowe. Beskid Niski, bo to tutaj znajduje się Nasza Polana, to region pełen inspiracji zarówno tych, które płyną prosto z natury jak i tych, które można zaczerpnąć z lokalnych tradycji. Do tego wszystkiego dodamy szczyptę naszych pasji i wierzymy, że powstanie z tego niezapomniana mieszanina wrażeń i wspomnień.
Termin: 15-23 lipca 2017
Wiek uczestników: 11-15 lat
Zakres zajęć i atrakcji:
- „SZTUKOWANIE” czyli zajęcia o charakterze kreacyjno - wyobraźniowym, które poprowadzi Monika Babula - aktorka warszawska, absolwentka wydziału sztuki lalkarskiej Akademi Teatralnej w Białymstoku. Długoletnia aktorka Teatru Lalka w Warszawie. Monika posiada doświadczenie pracy z młodzieżą, które zdobyła prowadząc liczne warsztaty w akcji „LATO W TEATRZE” organizowanym przez Instytut Teatralny w Warszawie.  Monika prywatnie jest mamą 13 letniej Matyldy i 16 letniej Marceliny.
Czym na „SZTUKOWANIU” będziemy się zajmować?
Opowiadać historie, tańczyć, śpiewać i tworzyć przeróżne etiudy teatralne i filmowe. Prosimy aby dzieci, które grają na instrumentach, wzięły je ze sobą. Będziemy my, nasza szalona wyobraźnia, las, góry i to co uda nam się stworzyć w tych niepowtarzalnych okolicznościach przyrody.
- „CO BYŁO PIERWSZE JAJKO CZY KURA?” zapoznanie się z dawnym i współczesnym życiem na wsi – z porami roku i pracami z nimi związanymi, wizyta w gospodarstwie rolnym, wizyta w lokalnym skansenie, zwiedzanie z przewodnikiem jednej z łemkowskich cerkwi.
- „DREWNIANY SZLAK” – Beskid Niski słynie z architektury drewnianej więc my postawimy wspólnie pierwsze kroki przy obróbce drewna (nauka snycerstwa, wykonanie prostych rzeczy użytkowych z drewna)
- „W OBIEKTYWIE” – spotkanie ze światem fotografii, wykonywanie zdjęć pod okiem Pawła – profesjonalnego fotografa, oglądanie zdjęć z podróży dalekich i bliskich
- „W DROGĘ” wycieczki górskimi szlakami –dla chętnych krótsze, dla innych nieco dłuższe
- „Z PRZYRODĄ NA TY” - zaprzyjaźnianie się z przyrodą w terenie: rozpoznawanie ziół, drzew, rozmowy o przyrodzie
- „ZAMOTANY ŚWIAT” – wykonamy zadaniowe lalki motanki, może porobimy na drutach…
- „FRITAJM” wybrane gry i zabawy oraz zajęcia sportowe
Cena: 950 pln
Cena obejmuje: zakwaterowanie (w pokojach z łazienkami i bez), wyżywienie (bezmięsne śniadania i obiadokolacje, desery), zapewnienie powyższych atrakcji, opiekę Marleny, Moniki i Pawła w zależności od zadań danego dnia.
Cena nie obejmuje kosztów transportu do Naszej Polany oraz biletów  wstępu do zwiedzanych obiektów: dzieci powinny być wyposażone w kieszonkowe.
Odnośnie transportu będziemy dogadywać się indywidualnie. 
Co należy ze sobą zabrać: Kalosze, kurtki przeciwdeszczowe, latarki, wygodne buty górskie lub inne za kostkę,
Ze spraw organizacyjnych pragniemy poinformować, że będziemy prosić naszych uczestników o pomoc przy przygotowywaniu śniadań (ustalimy codzienne dyżury) oraz przy nakrywaniu do stołu na obiadokolację. 
Kochani, informujemy, że Nasza Polana to miejsce oddalone od cywilizacji. Mieszkamy na małym przysiółku zwanym Flasza przy małej drodze asfaltowej, którą tylko czasem niemrawo przejeżdżają traktor lub samochód. Jest to teren   nieogrodzony ale bezpieczny. Nasze psy wylegują się latem na tym asfalcie i ich życie nigdy nie było zagrożone. Dookoła są pola, łąki, pastwiska i lasy oraz oczywiście piękne góry Beskidu Niskiego. Nasza Polana znajduje się 1km od jeziora. Jednak ewentualne kąpiele w nim będziemy uskuteczniać tylko na strzeżonej plaży (z ratownikiem). Chcemy tym turnusem stworzyć Wam możliwość wysłania Waszych dziatek w miejsce przyjazne, fajne i takie, do którego podobno z radością się wraca.
Liczba miejsc ograniczona.
Czekamy na zgłoszenia i serdecznie zapraszamy też męską część Waszych pociech.
Ps. Jedną z zasad turnusu na Naszej Polanie będzie ograniczenie do minimum korzystania ze smartfonów i innych urządzeń elektronicznych. Prosimy wziąć to pod uwagę decydując się na pobyt u nas. Telefony będą w depozycie u nas a gdy któryś z rodziców zechce się skontaktować z dzieckiem chętnie przekażemy w tym celu telefon do użytku. Nasz telefon jest Telefony będą też używane do warsztatów „W Obiektywie”. Celem pobytu u nas jest to aby być TU i TERAZ z rówieśnikami, ze sztuką, z przyrodą…
W razie jakichkolwiek pytań prosimy o kontakt:
Marlena i Paweł Pachla
+48 730 410 604


POZDRAWIAMY i ZAPRASZAMY

wtorek, 28 lutego 2017

czekałam


Czekałam na ten moment od listopada. Wtedy spadł pierwszy śnieg i trzymał do teraz. Zima była piękna, długa a momentami sroga. Były biegówki, szaleństwo na śniegu, urocze widoki, kulig, szyby malowane mrozem, ślizgawica. W piecu paliliśmy ostro i dzięki temu przeżyliśmy ten czas w cieple. Wełniane skarpety też robiły swoje. 

Ciężko powiedzieć czy to już faktycznie koniec czy jeszcze nie raz do nas zawita ale faktem jest, że słonko coraz śmielej wychyla swe oblicze, ziemia rozmarza, jest gliniasto i błotniście i widać już po woli kres zimy, która w tym roku rozgościła się solidnie. 

Każdego dnia widzimy z okien coraz mniej zalegającego śniegu a coraz więcej ukazuje się ziemi, pól i łąk. A dziś niespodzianka w postaci pierwszych kiełków cebulowych roślinek. Dzieje się!






piątek, 10 lutego 2017

łyżwiarstwo figurowe

Zima trzyma i powiem szczerze, że mam już tej zaokiennej aury nieco dość. Jeszcze jak świeci słonko i jest jasno i przejrzyście to super ale jak nad Naszą Polanę wejdzie chmura albo mgła (którą swoją drogą bardzo lubię ale w ilościach rozsądnych) to potrafi tak trzymać kilka ładnych dni a wtedy dopada człowieka chandra. Choć ja, z natury raczej optymistyczna, rzadko ją miewam to jednak bywam w jej szponach. 

Oczywiście znam leki na takie przypadłości i nie są to żadne farmakologiczne rozwiązania, tylko np. spacer z uśmiechniętym Bronkiem i księżną Voltą, dobry film, książka, czasem lampka wina, no a nade wszystko miła rozmowa z pozytywnymi ludźmi, których na szczęście na Naszej Polanie nie brakuje. Bo jak nie ma Gości to zawsze jest przecież najbliższa sąsiadka i takie zwykłe pogaduchy z nią nad kubkiem herbaty też dobrze robią na psyche i wtedy można wracać i dalej oglądać, czytać, dziergać...

Nie mniej jednak tęskno mi już okrutnie do grzebania w ziemi, do widoku pierwszych kiełków wychylających na światło dzienne, do zapachu gleby po zimie, do leżącej Volty na rozgrzanym od słońca asfalcie, do spacerów, do długich dni, do wiosennej burzy, do tęczy zwiastującej pewien rodzaj nadziei i szczęścia. 

No ale moment jest idealny bo to wszystko przecież lada moment wreszcie przyjdzie a to oczekiwanie sprawia, że chandra odchodzi na bok, słoneczne myśli kłębią się w głowie i jest po prostu lepiej. 

Ale chwilowo i nadal jeszcze jesteśmy w aurze zimowej.
Wczoraj moja serdeczna koleżanka z liceum zamieściła na facebooku link do występu sportowców jazdy figurowej na lodzie w tegorocznych Mistrzostwach Europy w Czechach. No i obudziły się wspomnienia!!! Przyznam szczerze, że jako dziewczynka a potem nastolatka oglądałam zawsze namiętnie wszystkie transmisje z tego typu zawodów. Mistrzostwa Świata, Europy, Olimpiady... musowo byłam przed TV i kibicowałam oczywiście w pierwszej kolejności naszym. Jednak niestety Polacy słabe wyniki zazwyczaj mieli. Pamiętam tylko Grzegorza Filipowskiego, który złotego medalu nigdy na tak prestiżowych zawodach nie zdobył ale to było nazwisko, na które się czekało. Czołówka jak wiadomo, obsadzona była zazwyczaj przez były Związek Radziecki i oni faktycznie precyzją, wrażeniami artystycznymi i technicznym przygotowaniem pokonywali większość zawodników. Wykonania tańców do muzyki klasycznej to były istne perełki, a potem na koniec to wzruszenie, a czasem płacz bo jakiś piruet nie wyszedł, bo upadek... a następnie te kwiaty w foliach rzucane na taflę lodu i maskotki dla ulubieńców... no i czekanie na noty. 6.0 - i te dreszcze i te stroje i do dyszenie umęczonych ciał.

Wczoraj wróciło wszystko ze zdwojoną siłą bo przypomniałam sobie rodzeństwo Duchesnay, pamiętacie? Reprezentanci Francji a tak naprawdę to chyba obywatele Kanady, ludzie, którzy na lodzie zrobili rewolucję i pokazali takie układy, które wprawiły w osłupienie jurorów i którzy ku memu wielkiemu rozczarowaniu nie kupili kompletnie tego stylu. Chyba nie byli gotowi na taką nowoczesność w dyscyplinie, która rządziła się wtedy swoimi prawami i na pewne układy choreograficzne trzeba było jeszcze zaczekać.



Jednak rodzeństwo Isabelle i Paul Duchesnay to był mój ideał. Chciałam być jak Isabelle i mieć takiego partnera jak Paul i sunąć na tych cieniutkich łyżwach po śliskim lodzie i żeby mi się tak rozwiewała podczas tańca zwiewna sukienka i żebym tak dyszała z wysiłku. 
Mama nawet zapisała mnie na jazdę figurową na lodzie ale po pierwsze byłam już chyba za stara (12 lat) a poza tym potem jakiś ortopeda partacz orzekł, że stan mojego kręgosłupa nie pozwala na uprawienie sportu i tak szybko jak się na tym lodzie znalazłam, tak szybko musiałam z niego zrezygnować. A mam wrażenie, że te treningi, które wcale nie miały być niczym wyczynowym, sprawiłyby, że mój kręgosłup byłby teraz w znacznie lepszym stanie. No ale.... nie czas na gdybanie. Wspomnienia najpiękniejsze wróciły a ja chętnie oglądam teraz wyczyny współczesnych zawodników i muszę przyznać, że poziom tańca poszedł znacznie do góry i cieszy oko nie mniej niż dawniej. Popatrzcie jak oni to robią, niewiarygodne!!! :-)


Ale żeby poszperać nieco w historii to zamieszczam tutaj link od mojego taty, który wczoraj podczas rozmowy o tym pięknym sporcie podsunął mi takie oto, prawie pierwotne, wykonanie mistrzów, którzy zapoczątkowali nową erę w łyżwiarstwie figurowym, kto ich pamięta?




środa, 1 lutego 2017

dezercja

Wiecie, że czasem życie pisze scenariusze najlepsze a tym razem to życie napisało nowy post na bloga. Zniknęły mi dziś oba psy. Nigdy się to nie zdarza bo Volta jest zawsze koło domu, szybko marznie i jak nie ma słońca to momentalnie chce wchodzić do domu a Bronek nawet jak gdzieś odbiegnie to zaraz jest również pod domem. Nieco rozpieszczone te nasze wiejskie pieski są ale tak mają i inaczej mieć nie będą. A dzisiaj... uświadomiłam sobie, że od ponad godziny nikt nie drapał w drzwi, nikt nie piszczał ani nie podskakiwał do klamki.
Wyszłam.
Wołam.
Gwiżdżę.
Krzyczę.
Po woli zaczynam się denerwować bo takie akcje nie są mi znane z tym duecikiem.

Poszłam do sąsiadki, która mówi, że jeszcze godzinę temu widziała jak Volta chodziła po jej podwórku. Sąsiad uspokajał, że "wrócą" a ja w nerwach bo jak wrócą, jak ich nie i nigdy tak nie robili. Nagle sąsiadce zadzwoniła komórka. Ponieważ w domu mają słaby zasięg to wyszła na zewnątrz żeby odebrać. Wraca za moment i mówi, że to dzwoniła Pani Marysia z dołu, które tutaj do nas na wzgórze przychodzi do swego taty i Bronek z Voltą odprowadzili ją do domu, czyli na sam dół. Mówiła im podobno żeby wracali ale jak Volta z Bronkiem znajdą kogoś znajomego w celach spacerowych to sobie tak łatwo nie odpuszczają. Szczególnie Bronuś lubi wycieczki na dół.
No to wsiadłam do auta i pojechałam po moje zguby, które powitały mnie jednak nieco stęsknione a Bronisław nawet dał buziaka w twarz, czego raczej nigdy nie czyni. Dobrze, że Pani Marysia je zamknęła za ogrodzeniem bo na dole to już jeżdżą auta znacznie częściej i znacznie szybciej niż u nas.
I tak to właśnie dezercja czworonogów pozbawiła mnie dzisiejszej jogi :-(. Nie zdążyłam.

Ale jeszcze organizacyjnie....



Trwają podszyte nutką podekscytowania przygotowania do wiosennych warsztatów, więc siłą rzeczy myśli krążą już mocno ku przyszłości. Dziś dopięłam program i jestem z niego zadowolona a będę bardzo zadowolona jeśli w efekcie to Uczestniczki wypowiedzą się o nim pozytywnie. Tymczasem można się z nim zapoznać już TU.
Czekam nadal na zgłoszenia bo zostało jeszcze kilka miejsc. Wierzę, że i tym razem zbierze się piękna i niezwykle inspirująca grupa fajnych kobiet i że tak jak poprzednim razem odnajdziecie się w naszej przestrzeni, na Naszej Polanie i podczas licznych spacerów po okolicy, z widokami na Beskid Niski.

Na zgłoszenia czekamy do 20 lutego.



poniedziałek, 23 stycznia 2017

warsztatami wokalnymi czas wiosnę zacząć

Miało być tak pięknie a wyszło wiadomo jak...

eeeee nie ma co narzekać... jest pięknie, jest śliczna zima, są przemili Goście w Naszej Polanie a to zawsze cieszy. Roboty zatem jest trochę więc z pisaniem nieco na bakier. Czytelniczko z północy proszę o wybaczenie :-) - wierzę, że je otrzymam :-)

A dziś informacyjnie i ogłoszeniowo będzie.

Jesienią były u nas pierwsze warsztaty "WŁASNYM GŁOSEM", których magia (tak, nie bójmy się tego słowa) przerosła moje oczekiwania. Wiedziałam, że będzie fajnie i że na tego typu spotkania nie przyjeżdżają przypadkowe osoby, ale efekt tego spotkania na długie tygodnie zagościł w moim sercu. Zapewne każda z nas odkryła w sobie pokłady dźwięków z jakich nie do końca zdawała sobie sprawę. To wszystko dzięki Kasi Chodoń, która jako prowadząca warsztaty wprowadziła nas w świat pełen nut i wzruszeń. Pierwotność tekstów, smutek i radość wynikająca z wyśpiewywanych historii, atmosfera, którą stworzyły uczestniczki... to wszystko wpisało się w tytuł warsztatu i po trzech dniach wspólnego przeżywania i przebywania pod jednych dachem, śpiewałyśmy już (prawie) jednym i własnym głosem.

Było na tyle fajnie, że szybko okazało się iż wiosenne spotkanie warsztatowe odbyć się musi.

ZATEM ZAPRASZAMY

na 

WIOSENNE WARSZTATY (nie tylko) WOKALNE
 dla kobiet

"WŁASNYM GŁOSEM"


10-12 MARCA 2017

wszelkie informacje o szczegółach znajdziecie w zakładce WARSZTATY





środa, 11 stycznia 2017

podłaźniczka rozebrana czyli dziś o Paszynie

Zima nadal trzyma choć po woli jakby łagodniało jej oblicze. My tymczasem wracamy do rzeczywistości, czego dowodem są rozebrana podłaźniczka, pochowane ozdoby świąteczne i niedobitki w postaci pierniczków, które urozmaicały świątecznie nasz dom. Czego nie schrupały/przeoczyły gościnnie dzieciaki to schrupiemy my. 

Dzisiaj nadrobię stary temat, który czeka już od lata czyli zapraszam na wizytę do Paszyna

PASZYN czyli "kto rzeźbi trzy razy się modli"



Na Paszyn natknęliśmy już jakiś czas temu podczas wizyty w nowosądeckim skansenie, a w zasadzie w Miasteczku Galicyjskim, gdzie w jednym z pomieszczeń dostępnych dla zwiedzających, siedział pan i sobie po prostu rzeźbił. Wokół niego stały różne prace rzeźbiarskie i gdy nawiązała się między nami rozmowa, zaczął opowiadać o pewnym Wojtku z Paszyna. Historia na tyle nas zainteresowała, że wybraliśmy się wreszcie do Paszyna a teraz chcemy Wam przekazać tę niesamowitą naszym zdaniem historię. 

Paszyn dawniej był niezwykle ubogą wioską. Podobno mieszkańcy wracając do domu i kupując bilet w autobusie, podawali inną miejscowość bo wstydzili się, że pochodzą z Paszyna. Ziemie były tam nieurodzajne, więc panowała tam nędza a ludzie nie byli wykształceni. Taka sytuacja trwała latami. 
Jednym z mieszkańców Paszyna była Pan Wojciech Oleksy, głuchoniemy miejscowy rzeźbiarz amator. Pierwsze prymitywne rzeźby wykonywał w prezencie dla ówczesnego proboszcza ks. Edwarda Nitki. Ten ostatni chwalił za każdym razem Wojtka i dawał mu drobne w podzięce za prace, które na swój sposób cenił i uważał, że są one formą modlitwy upośledzonego parafianina. "Kto rzeźbi ten trzy razy się modli" - mawiał. Z czasem jednak mieszkańcy zaczęli się buntować, że ksiądz nagradza finansowo Wojtka a jeden nawet powiedział "że przecież tak rzeźbić to każdy potrafi", na to ksiądz Nitka powiedział "no to pokaż, jeśli umiesz tak wyrzeźbić" i tym samym zmotywował kolejną osobę do rzeźbienia. Z czasem do grona rzeźbiarzy amatorów dołączyli kolejni mieszkańcy i pod przewodnictwem proboszcza utworzyła się silna grupa wiejskich artystów, wśród których każdy miał swój własny styl, sposób łączenia kolorów (rzeźby malowane były zwykłymi kredkami, gdyż tych biednych ludzi nie było stać na farby). Prace poszczególnych rzeźbiarzy miały charakterystyczne twarze, sylwetki lub inne szczegóły, które wyróżniały te prace. 

Nietuzinkową postacią był wspomniany już ks. Nitka, który zachęcał do rzeźbienia, doceniał wszystkie wysiłki, motywował do dalszej pracy i wspierał swych parafian. Przełomem w tej twórczości był Konkurs Współczesnej Rzeźby Ludowej Karpat Polskich w Nowym Sączu, który odbył się 1972 roku, gdzie Wojtek Oleksy wraz z sąsiadem Mieczysławem Piwko zajęli ex aequo pierwsze miejsce a inny mieszkaniec Paszyna Andrzej Głód zajął drugie. Wyemitowano podobno o nich krótki reportaż w Telewizji Polskiej. Pracami twórczości ludowej zainteresowali się fachowcy a Wojciech Oleksy doczekał się nawet wystawy w Genewie. I teraz uwaga... wszystko rozwija się tak szybko i pięknie, że w 1977 roku w Paszynie rzeźbi już grupa ponad 50 mieszkańców a tego roku do Konkursu Współczesnej Rzeźby Ludowej Karpat Polskich staje 45 paszyńskich rzeźbiarzy a nagrodzone zostają (sic!) 42 prace!!!

Rzeźbiarzami zaczynają interesować się telewizje rodzima i zagraniczne, powstają o nich prace naukowe a sami mieszkańcy Paszyna zaczynają odzyskiwać poczucie wartości i są dumni ze swej wsi i swego pochodzenia. Nawet jeśli ktoś nie rzeźbi to z pewnością każdy ma wśród rodziny lub znajomych jakiegoś rzeźbiarza a to powód od chwały. 

Artyści dzięki staraniom proboszcza mieli organizowane warsztaty z profesjonalnymi twórcami ale tylko z zakresu łączenia kolorów i barw. Ksiądz nie chciał uczyć ich warsztatu bo bał się, że zaniknie ich naturalny sposób rzeźbienia. 

W tak zwanym międzyczasie miejsce ks. Nitki zajmuje nowy proboszcz ks. Stanisław Janas, który wreszcie po wielu latach starań, realizuje niespełnione marzenie poprzedniego gospodarza tej parafii i  10 września 1994 roku otwiera Muzeum Parafialne im. ks. Edwarda Nitki, które cały czas wzbogaca się o nowe eksponaty bo artyści każdą rzeźbą powiększali ilość eksponatów. 

Muzeum przetrwało do dziś i to jest bardzo piękne i potrzebne jednak po wizycie w nim mamy poczucie, że w obecnym proboszczu nie sposób odnaleźć już tej pasji, o której czytamy u poprzedników. Odniosłam wrażenie, że nasze pojawienie się (w godzinach otwarcia muzeum) nie uradowało księdza i dopiero po naszej półtoragodzinnej wizycie ksiądz nieco się rozkręcił. Poza tym takie trochę to muzeum zapomniane, zapyziałe, bez krzty promocji - a przecież to taka piękna i łapiąca za serce historia, która przez włodarzy regionu powinna być wykorzystywana aby przyciągać turystów. Dowiedzieliśmy się, że nie mają od lat żadnego dofinansowania. Że to Muzeum Parafialne, więc od żadnego ministra nic nie dostali. No teraz to chyba powinni :-).

W latach 80-tych poprzedniego wieku we Frankfurcie nad Menem powstał "Związek miłośników i krzewicieli polskiej sztuki ludowej im. ks. Edwarda Nitki", które miało na celu krzewienie wiedzy wśród społeczeństwa o fenomenie paszyńskim, ale związek nie przetrwał próby czasu. 

Piękna i smutna to historia zarazem. Smutna bo muzeum położone jest na stoku wzgórza. Po przeciwnej stronie, również na stoku znajduje się parafialny cmentarz. Naturalnym dla nas było po zwiedzeniu wystawy udać się na cmentarz na grób Wojtka Oleksego, który zapoczątkował ten fenomen. Ani obecny ksiądz proboszcz ani ludzie spotkani na cmentarzu nie było w stanie wskazać nam grobu. Ci ostatni nie bardzo kojarzyli nawet o kogo pytamy. 

A to był przecież taki drugi Nikifor - popatrzcie





Wojciech Oleksy





































wtorek, 10 stycznia 2017

jeden post dziennie czyli dziś o Zagrodzie Maziarskiej w Łosiu

Mam od jakiegoś czasu wrażenie, że blogi się kończą po woli. Zaprzyjaźnione blogerki publikują coraz rzadziej, inne zupełnie przestały pisać. To chyba naturalna kolej rzeczy. Pojawiają się na ich miejsce nowe blogi ale tego szału blogowego (przynajmniej w moim przypadku) już chyba nie ma. Tryb mojego życia uległ dość znaczącej zmianie. Każda godzina wypełniona jest intensywnie a jeśli już trafia się wolna chwila to albo dziergam, albo czytam albo przechadzam się po zakątkach wirtualnego świata wzbogacając wiedzę o to i owo. 

Ale mam dziwne poczucie, że ten blog jeszcze nie dotarł do końca. Właśnie w tym roku zamierzam pisać częściej, a może nawet codziennie. Zobaczymy! 

************************************

ZAGRODA MAZIARSKA w ŁOSIU

źródło: http://marekowczarz.pl/
Beskid Niski słynie z wielu ciekawych i jednocześnie mało znanych miejsc. Można je poznać najlepiej wybierając się na wycieczki, spacery lub wyprawy rowerowe. Jednym z takich miejsc jest Zagroda Maziarska w Łosiu, gdzie naprawdę warto się wybrać i spędzić trochę czasu z paniami przewodniczkami, które niezwykle ciekawie potrafią o tym miejscu opowiadać. 

Łosie to wieś blisko Naszej Polany, dostępna na piechotę, jeśli mamy ochotę wybrać się na dłuższy spacer. Dawniej była to jedna z najbogatszych wsi bowiem kwitł tam handel produktami pochodzenia naftowego: mazią, smarami, olejami, dziegciem i naftą. Wizyta w Zagrodzie to chwila, w której zatapiamy się w ten świat i historie, które są już przeszłością. Możemy się wiele dowiedzieć o procesie wytwarzania tych produktów, o stylu życia dawnych mieszkańców, o ich zwyczajach i podróżach handlowych. Zasięg tych wypraw był niezwykle daleki bo ze swoimi produktami docierali aż do Ukrainy, Litwy, Łotwy a nawet na Węgry. Podobno pięciu dojechało aż do Odessy. Niezwykłe było to, że każda rodzina maziarska miała swoją trasę i rodziny nie wchodziły sobie wzajemnie w drogę. Trasy były dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Również metody wydobycia były przekazywane młodszym członkom rodziny. Sposoby pozyskiwania produktów pochodzenia naftowego były pilnie strzeżone i dzięki temu łosianie stali się w monopolistami tego przemysłu. 

Łosie szybko stają się wyjątkową wsią na mapie regionu. Widać to choćby po architekturze. Za czasów ubogich chyży w sąsiednich wsiach, w Łosiu powstają duże drewniane wille, wybudowane zostają nawet dwa domy murowane. Domy mają pomieszczenia dla służby a także łazienki. Kobiety nie noszą się jak chłopki, Zatrudniają guwernantki dla swoich dzieci. W ogóle kobiety z Łosia stają się atrakcyjnymi partiami dla wysoko postawionych urzędników z Gorlic a nawet z samego Krakowa, ale... panny wychodzą tylko za łosian. 
Niestety imperium, które tak szybko zbudowali, tak samo szybko zniknie w cieniu wojny a potem wysiedleń podczas akcji Wisła.

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem
W Zagrodzie oprócz pięknych historii o mazi i dziegciu, dowiedzieć się można także o innych rzemiosłach, jakimi pałali się dawniej mieszkańcy tej urokliwej wsi i okolic. 

Zapewne nie każdy wie, że w pobliskiej miejscowości Siary powstał pierwszy na świecie (sic!) szyb naftowy, a w Gorlicach zapalono pierwszą na świecie uliczną lampę naftową. Czemu nadal ta wiedza jest tak tajemna a przeciętny Polak nie potrafi się nią szczycić? Wizyta w Zagrodzie z pewnością zmieni naszą świadomość w tym temacie. 

Absolutnie polecam! Teren nie jest duży więc to fajna wycieczka nawet dla rodzin z małymi dziećmi. Na terenie Zagrody człowiek czuje się jakby cofnął się w czasie i przyjechał na chwilę z wizytą do starszej cioci, u której czas mocno się zatrzymał. 

Poza tym Zagroda Maziarska to także wspaniałe miejsce, z bogatą ofertą warsztatową. Przez prawie cały 2016 rok prowadzone były zajęcia snycerskie pod okiem snycerza Bogdana Kareła. Wzięło w nim udział 7 osób, które poznawały tajniki tej pięknej sztuki. W 2017 roku warsztaty będą kontynuowane i wierzę, że powstaną kolejne piękne prace zarówno ze sztuki użytkowej jak i zdobniczej.  


źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem 


Weekendowo odbywają się też tematyczne zajęcia, podczas których można się pobawić w robienie lalek motanek, nauczyć pisać pisanki pod okiem prawdziwej pisankarki, a przy okazji minionych świąt Bożego Narodzenia, odbył się cykl spotkań poświęconych wykonywaniu ozdób choinkowych, A wszystko to okraszone ciekawostkami dotyczącymi tradycji bożonarodzeniowej tego regionu. Warsztaty są tak ciekawe, że przybywają na nie nie tylko miejscowi, ale i ciekawi nowych doświadczeń mieszkańcy Krakowa. 

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem
Zagroda Maziarska organizuje w sezonie letnim fajne imprezy tematyczne, mające na celu podtrzymanie wiedzy i tradycji. Dbają o to wszystko trzy przeurocze panie, które z uśmiechem oddają się swej pracy. A praca ta jest jednocześnie ich pasją. Nie pomińcie na swojej trasie Zagrody Maziarskiej, bo będzie to wielka strata dla Waszego ogólnego odbioru pięknej łemkowszczyzny. 

Polecam gorąco i w imieniu Zagrody serdecznie zapraszam!!!!

a podczas wizyty w Zagrodzie z pewności spotkacie Jacka-Wacka :-)
źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

źródło: Zagroda Maziarska w Łosiu z cerkwią w Bartnem

poniedziałek, 9 stycznia 2017

ferie, wypoczynek, relaksu czas

Zima w tym roku jak z książek, jak z krainy dzieciństwa, mróz szczypie w nosy i policzki a jak zawieje jeszcze północnym wiatrem to już Syberia na całego. Jest fajnie, jest dobrze, takich zim nam trzeba. Chociaż z drugiej strony dobrze, że tych najsilniejszych mrozów czas po woli mija i śmiejemy się, że jak na termometrze -11 to już upał.

Za nami pracowity czas. Od świąt do wczoraj było u nas wiele osób: goście, znajomi, rodzina. Rozmowy przy grach i zabawach, przy piecu, świecach i ognisku. Jak już ktoś u nas jest, to na 100%. Można pobyć, nacieszyć się sobą. Jakież to cenne jest.

Goście, którzy decydują się na spędzenie swego urlopu na Naszej Polanie to też nietuzinkowi ludzie, którzy swoimi opowieściami wnoszą wiele ciekawych wątków do naszego życia. Naprawdę nie śniło mi się, że będziemy przyciągać takie oryginały. Wiele osób imponuje nam swoimi zainteresowaniami, przeżyciami, osiągnięciami. To niezwykły dar od losu, że przysyła nam tych wszystkich ludzi.

Codzienna praca, serwowanie posiłków, prace wokół domu, przygotowywanie drewna na opał a potem dbanie by naszym Gościom nie brakowało ciepła to nasza codzienność. I gdy czasem dopada zmęczenie (bo dopada) to jednak człowiek ratuje się tym ogólnym zadowoleniem, jakie może ofiarować Wam, tym którzy współtworzą to miejsce.

Jest też w Naszej Polanie masa planów na najnowszy rok. Planów - nie marzeń. Czas marzeń zakończony. Teraz skupiamy się na realizowaniu planów. Bowiem wszystko da się zrobić, trzeba tylko być czujnym, nie zbaczać z kursu i konsekwentnie być sobie wiernym. Wszystko zostało spisane, zilustrowane i wisi w postaci pięknego MIND MAPPINGU (dziękujemy Iza i Maciek) na ścianie.

A Wy jakie macie plany na ten rok? Nie pytam o te w stylu "rzucam palenie" bo wiadomo...  ale może jakieś ciekawe zamierzenia? Nie zapominajcie w każdym razie o wypoczynku, o relaksie, o ucieczce od smogu, od codzienności... Nasza Polana podobno pomaga się nieco zresetować... ZAPRASZAMY!!!