piątek, 11 stycznia 2019

o poranku

Z oknem piękna zima. Naprawdę!
Wiem temat już nuży i strasznie dużo ludzi się tą zimą podnieca ale jak coś mnie zachwyca to zachwyca. Bo nawet ta zimna, biała i intensywna zima ma swoje różne oblicza i każdego poranka obdarowuje nas swoją nową szatą. 
Od kilku dni mocno padało. Zapadywało dosłownie każdy fragment świata. Wszystko pokryte puchem. A od rana ponownie puch, coraz więcej puchu, już nie widać było kiedy i ile przybywa. Psy w głębokim puchu szaleństwo śniegowe uprawiają i tylko dzięki nim widać ile tej powłoki dookoła. Cieszmy się!!! Takiej zimy nie było dawno. 
"Ale dawniej to jeszcze sroższe zimy bywały" - mówią miejscowi i wcale na nich ta powłoka większego wrażenia nie robi. 
Są i tacy co narzekają. Ale oni zawsze narzekają. Za gorąco, za zimno, za mało deszczu, za dużo etc. No więc i teraz śnieg im przeszkadza. Że za dużo, że za głęboki, że ciężko się chodzi... 
No nic... każdy ma inaczej. Nie oceniam. Obserwuję jedynie. 
Walka z tym co mogę a co powinnam. Każdego dnia uczę się doceniać fakt, że jestem na swoim, że jak nie ma Gości to mogę sobie pozwolić na odrobinę luzu, nicnierobienia, albo robienia tylko tego, na co aktualnie mam ochotę. I robię to ale jeszcze w głębi, wewnątrz mnie pojawia się mały wyrzut sumienia. Że może powinnam coś innego, coś pożyteczniejszego... 

Te utarte nawyki myślowe, ta konstrukcja świata, że trzeba, żeby zdążyć ale gdzie my się spieszymy? 
Nigdzie!
I tak od nowa codziennie uczę się kochać siebie, rozpływać się w sobie, uważności na to co tu i teraz. Cholera jakie to trudne. 
Ale już lepie, już więcej przyzwolenia...
No ale co z tego skoro to przyzwolenie tak szybko potrafi rozpaść się a na jego miejsce wchodzi znów "muszę", "powinnam", "trzeba". 

Kiedyś nie umiałam odpoczywać, nie potrafiłam usiąść i kontemplować świata. 
Teraz już umiem. 
Jestem o level wyżej. 
Tak sądzę. 

No i tak sobie żyję i raduję się z każdego TU i TERAZ. Z tego, że mogę, że chcę i że to jest mój czas. Do czasu... aż zaatakuje mnie "musisz", "powinnaś", "trzeba". 

I tutaj na koniec anegdotka, chyba prawdziwa, znajoma mi opowiadała. 
Była w Bieszczadach z kilkoma innymi osobami i auto wpadło im do jakiejś zaspy chyba. W każdym razie potrzebowali pomocy miejscowego, z ciągnikiem, albo wyciągarką. I jak ten miejscowy pojawił się już na miejscu na zdarzenia to ten miastowy zaczął swoim miastowym nawykiem pouczać tego lokalsa "że tu pan MUSI.... że tutaj TRZEBA, tutaj MUSI pan zaczepić, teraz MUSI pan pociągnąć....." a ten co przyjechał ich z opresji ratować nagle wyprostował się i powiedział "Proszę pana JA NIC NIE MUSZĘ, JA JESTEM Z BIESZCZAD"

Dobrego dnia!!! :-)







niedziela, 6 stycznia 2019

z opóźnieniem ale z uważnością

Wszystko (no dobra ... prawie wszystko) przebiegło dobrze, spokojnie, tak jak bym sobie tego wewnątrz życzyła, jednocześnie nie nastawiając się na nic konkretnego. Zwyczajny relaks i spokój. I nawet spora obecność Gości pod naszym dachem, nie wykrzesała ze mnie zbyt dużej dozy stresu czy poddenerwowania. Czyżbym nauczyła się jakimś cudem wreszcie nad tym panować??? :-) Bo może tego nigdy nie było widać ale tremę przed każdym przyjazdem Gości i stresik to ja mam :-).

A może to też rodzaj Gości, jaki do nas przybywa sprawia te cuda. Bo choć różnimy się od siebie i to dość znacznie, to jednak wielki wspólny mianownik zawsze nas łączy. Z każdym ten wspólny mianownik nieco inny ale to właśnie dodaje kolorytu, to nas rozwija, pomaga zerknąć wgłąb siebie, poznać nowe zakamarki, odkryć nieodkryte, definiować to co trudne. 

Świadomość siebie, znajomość emocji, jakie to ważne. 
Dlaczego tylko nie uczą nas tego w szkołach. 
Przygotowanie do Życia w Rodzinie - chyba jest taki przedmiot... a przecież powinien on brzmieć Przygotowanie do Życia... i tyle...
Wiedzy jest moc.
Wcale nie musi być związana z żadną religią czy wierzeniami. Każdy niech rzeźbi w sobie własny kręgosłup moralny, etyczny. Jesteśmy mądrymi stworzeniami, wystarczy nas tylko delikatnie poprowadzić, przekazać wiedzę, podzielić się dobrem, doświadczeniem, energią tą prawdziwą, która nas definiuje od pokoleń. 

Życzę Wam dobrego uważnego spokojnego roku - specjalnie bez przecinków, na jednym wydechu. Obyście robili to co wybraliście, z wielką miłością a jeśli Was cokolwiek uwiera, to ... zmieńcie to. Ale nie drastycznie, nie nagle, niech ta zmiana odbywa się z uwagą, z pełną świadomością. 




 


środa, 19 grudnia 2018

kiedyś było tak...

U babci Heni w domu w święta zawsze było za gorąco. Paliła w piecu węglem i przed wejściem pachniało tym specyficznym zapachem, dzisiaj powiedziałoby się, że smogiem. Wtedy nikt nie znał tego słowa. Pamiętam z dzieciństwa taki kadr jak biegam u babci po domu w samych rajstopach i koszulce na ramiączka. Tak było ciepło. A dodając do tego pewnie jakieś wariactwa poprezentowe to już na pewno temperatura wnętrza podnosiła się do granic możliwości.

Zazwyczaj wigilie u nas były dwie. Jechało się do jednej babci Heni na Okęcie a druga mieszkała na Jelonkach, mówiło się, że w Grotach. U jednej i u drugiej było świetnie choć u każdej inaczej. U jednej było dużo dzieci, nawet były takie lata, że przychodził św. Mikołaj. Frajda była wielka, rozrabiałam z kuzynostwem i szaleństwom nie było końca. Siedzenie przy stole nie było oczywiście naszą ulubioną czynnością więc po obowiązkowym opłatku, zjadło się nieco niezbyt smacznych dla dzieci, potraw wigilijnych i można było odejść od stołu. Jedyne co mi smakowało przy tamtym stole to były grzyby smażone w cieście naleśnikowym. Nie pamiętam naprawdę czy były to pieczarki czy może prawdziwki (stawiam na te drugie) i mogłam tego zjeść sporo no ale nie było tego też tak dużo, bo trzeba było dla innych do degustacji coś zostawić. Karp nigdy nie trafił na listę moich ulubionych dań a niestety królował na stole. Kompot wigilijny to wtedy też było raczej feeee. 

Także my dzieci raczej nie mieliśmy problemów z przejedzeniem świątecznym. 

U drugiej babci Heni, u tej co było zbyt ciepło, dzieci było mało. W sumie tylko ja i mój bardzo młody wujek, o którym zawsze myślałam, że jest moim kuzynem. Była między nami ta trudna różnica wieku około 6-8 lat i niestety średnio się dogadywaliśmy. Ale mimo braku dzieci było tam fajnie. W domku obok mieszkał kuzyn Tomek i z nim akurat lubiłam bardzo spędzać czas ale czasem było tak, że on też jechał do swojej drugiej babci i szczerze mówiąc nie pamiętam zabaw świątecznych z nim. U babci Heni była taka tradycja świąteczna, że piło się grzankę. Wiele osób robi wielkie oczy jak o tym mówię ale tak było. Grzanka to była grzana wódka, z karmelizowanym cukrem i gorzką czekoladą.  Zapach miało to obłędny, smakowało najlepiej gorące bo wtedy była odpowiednia konsystencja. Nawet dzieci tzn. ja i kuzyno-wujek mogły paluszek w tym umoczyć. Picie grzanki polegało na degustacji, więc piło się małe ilości ale jestem pewna, że nie raz się rodzinie po tym w głowie mocniej zakręciło. 

U babci Heni była zawsze żywa choinka. Świerk stał na końcu, w ostatnim pokoju i był zawsze obiektem westchnień, zanim się te wszystkie prezenty leżące pod nią rozdało. Oczywiście też był opłatek, składanie życzeń, które dla dzieci nie jest chyba miłym obowiązkiem. Teraz po latach nawet lubię składać życzenia ale wtedy ... powodowało to tylko jakieś zażenowanie, wstyd i dyskomfort. Następnie jadło się pyszną zupę grzybową (to akurat lubiłam ale "bez grzybów") no i po zupie było hasło, że można rozdawać prezenty. Z uwagi na fakt, iż byłam jedyna i najmłodsza to radość z rozdawania prezentów należała do mnie. "dla Heni", "dla Basi", "dla Zenka"... 

Dziś żadnej z babć już nie ma. Wigilie skoncentrowały się w innych domach. Ja z mężem do tej pory czasem spędzaliśmy święta u mojej mamy, czasem jechaliśmy do teściów ale nie ukrywam, że od dawna marzyłam o wigilii tylko we dwoje. Huczna i wieloosobowa wigilia ma swoje atuty i potrafię je docenić ale wierzę, że ten czas we dwoje też ma swój urok. W tym roku zostaniemy ze zwierzakami. Pójdziemy do kur, podzielimy się z nimi opłatkiem, będą psy i kot. Potem może odwiedzimy sąsiadów zza góry. A może tylko pójdziemy na spacer. Będziemy czytać, oglądać, gadać, wspominać. Leniwie, uważnie, spokojnie... 

A na koniec podpisuję się pod słowami Agnieszki Stein, która mądrze pisze i potraktujcie to jako nasze życzenia dla WAS: 

"Wszystkim, którzy mogą i chcą życzę, żeby nie tylko w święta odważali się robić nie tak jak trzeba, tylko tak jak potrzebują. Zbyt wiele jest sytuacji, gdy ludzie wykonują jakieś tradycyjne czynności, choć tak naprawdę nie wzbogaca to ich życia. Rodzice starają się dla dzieci, dzieci starają się dla rodziców i nikt tak naprawdę nie troszczy się o siebie i nie jest zaopiekowany. Więc może warto zrobić coś inaczej.

Życzę, żeby wszyscy, którzy poczują, że tak właśnie chcą odważyli się nie piec pierników, nie sprzątać, nie męczyć, nie zmuszać.

A wszystkim, którzy chcą, mają potrzebę, pragną życzę, żeby ich pragnienia się spełniały.

Nie jest moją intencją zdołowanie kogokolwiek. Nie chcę pisać o tym, żeby się cieszyć bo inni mają gorzej. Mogę napisać taki tekst, bo przez wiele lat nauczyłam się lubić w święta, troszczyć się o siebie w święta, robić to, czego potrzebuję a nie to, co powinnam a co nikomu nie służy.

Życzę wszystkim, wesołym i smutnym więcej sensu niż szczęścia. To ważne, żeby pamiętać, że ludzie, którzy chcą przede wszystkim być szczęśliwi nie zawsze tacy są. Czasem ich szczęście nie okazuje się aż takie super jak się spodziewali.

Ludzie, którzy szukają w życiu sensu i znaczenia są szczęśliwi dużo częściej, przy okazji.

Ludzie, którzy szukają sensu są też szczęśliwsi niż ci, którzy szukają zysku, więc życzę jeszcze, żeby najważniejsze świąteczne prezenty to nie były te, które kupuje się w sklepie i kładzie pod choinką."


Agnieszka Stein http://agnieszkastein.pl/swieta-inaczej/





  

piątek, 14 grudnia 2018

Marcel

Marcel zamieszkał u nas półtora roku temu. Dostaliśmy go od naszej sąsiadki.
"Kupcie szybko te kury i zabierzcie tego koguta do siebie, bo u nas go biją inne młode i jest taki biedny. Jak go nie zabierzecie to pójdzie na rosół. A u Was będzie miał pewnie dożywocie" - tak nam sąsiadka rekomendowała wzięcie koguta. Akurat był u nas kolega Marcel, który zapragnął aby kogut otrzymał na jego część imię. Więc kogut został Marcelem.

Kury faktycznie szybko pojawiły się w naszym gospodarstwie. Marcel został szefem gangu. Trochę mu zajęło dojście do siebie po bijatykach z innymi silniejszymi od niego. Na początku, w amoku, gdy czegoś się przestraszył, biegł co sił w nogach do starego domostwa czyli do sąsiadki. Ze trzy razy wieczorem musieliśmy go odbierać, wkładać na noc do naszego kurnika z nadzieją, że następnego dnia nie zwieje. Ale zwiewał. W końcu, któregoś wieczora, gdy szliśmy do sąsiadów po ponowny odbiór zbiega, wzięliśmy ze sobą mocniejszy alkohol, wypiliśmy po kielichu za koguta a sąsiad powiedział historyczne zdanie "powiedzcie mu, że jak jeszcze raz wróci to pójdzie na bulion", no i Marcel już nigdy tam nie wrócił.

Uczył się u nas od podstaw jak być kogutem. Uczył się piać i szło mu to opornie. Fałszował, nie wykończał sylaby, męczył się. Poza tym nie miał piór w ogonie. Nie wiadomo czy zostały wyskubane przez współtowarzyszy czy mu wypadły po zimie. Ale dochodził do siebie. Pióra po woli odrastały. Pianie szło lepiej (choć do perfekcji nigdy nie doszedł). Zmężniał Marcel przeuroczo. Kury go uwielbiały. Dosiadał każdą z nich po kilka razy dziennie. My zawsze z dumą podglądaliśmy go przez okno, jak wspaniale prowadzi tę kurzą rodzinę. Był taki wielki, dumny i fajny. Marcela bardzo lubiły dzieci, które do nas przyjeżdżały. Niektóre potrafiły godzinami śledzić go wzrokiem albo wciąż szukać go po podwórku.

Na wiosnę tego roku Marcel został ojcem. Wykluło się 7 piskląt, z czego (jak się dopiero po paru miesiącach okazało) dwa to były koguty. Sąsiadka sugerowała usunięcie któregoś na rosół "bo będą się bić". Powiedzieliśmy, że jak będą się bić to zdecydujemy co zrobić i komu oddać koguta ale o bulionie z Marcela ani z jego dzieci nie mogło być mowy. Do takiego etapu gospodarzenia na wsi jeszcze nie dojrzeliśmy i nie wiem czy kiedykolwiek do tego etapu dojdziemy.

Koguty rosły, Marcel zarządzał swoją ekipą i wydawało się, że panuje pewnego rodzaju symbioza w tej maleńkiej społeczności. Pewnego dnia jednak dostrzegłam, że z tych dwóch młodych kogutków,  wyrosły dwa piękne i dorodne koguty. Zorientowałam się także, że pianie, które do mnie od paru dni dociera to nie pianie Marcela tylko jego syna, który piał od samego początku pełną piersią, bez grama fałszu z dumą na kogucim pyszczku. Dostrzegłam też, że Marcel już nie jest hersztem całej bandy i że poszedł niejako w odstawkę. Przygarbił się, posmutniał, po prostu został zdegradowany. Dni mijały a Marcel przyjął postawę kury. Chodził po podwórku, bez dumy, ponownie bez piór w ogonie. Ewidentnie dopadła go depresja.

Dwa dni temu zaobserwowałam, że Marcel nie wszedł na noc do kurnika. Włożyłam go. Wcześniej mieliśmy podobny problem z kurą, która miała chorą łapę ale wydobrzała i już sama wchodzi na noc do domu. W związku z tym wierzyłam, że to tylko przejściowy moment także u koguta. Wczoraj znów nie wszedł do kurnika i ponownie pomogłam mu się tam dostać ale jak wszedł to się przewrócił i widziałam, że nie miał sił się podnieść. Dotknęłam jego wola, czyli tego miejsca gdzie kury trzymają ziarno po połknięciu. Było małe i chude więc wywnioskowałam, że tego dnia pewnie nic nie zjadł albo bardzo mało. 

Rano podzieliłam się z Pawłem obawami, że to nie będzie miły poranek i niestety nie był. Po otworzeniu kurnika okazało się, że Marcel nie żyje. Wyglądał jakby spał ale nie spał tylko był już duszą w kurzym niebie i wierzę, że tam ponownie jest szefem najfajniejszej bandy kur i że pieje pełną piersią. 

To był nasz pierwszy kogut i jego odejście jest dla nas smutne. Zapewne kolejne odejścia też będą. Doskonale rozumiem gospodarzy, którzy potrafią płakać po śmierci krowy. Nie wiem czy kury u innych też wywołują tyle emocji ale u nas tak. A może nie powinno się dawać drobiowi imion bo wtedy jeszcze bardziej się z nim zżywamy? Ale z drugiej strony czy to złe? Ja uważam, że piękne. 

Zastanawiam się czy popełniliśmy jakiś błąd? Czy trzy koguty, w tym dwa młode to za dużo jak na 12 kur? Nigdy nie wiedzieliśmy żeby się pobili. Wydawało się, że będzie dobrze. Czy kogut może mieć depresję i umrzeć z rozpaczy, że nie jest już szefem haremu? Czy po prostu Marcel zachorował a my nie wiedzieliśmy jak mu pomóc czy może odszedł ze starości?

Żegnaj Marcelu!