środa, 24 maja 2017

magic moments

Zazwyczaj wieczorem, po zachodzie słońca ale też wczesnym rankiem, zaraz przed wschodem (jeśli zdarzy mi się obudzić) a już na pewno o każdej porze dnia gdy jest chwilę po deszczu... na łąkach, pod lasem pojawiają się one - dostojne, pełne gracji, nieco płochliwe i ogromnie cieszące moje oko... łanie, sarny, koziołki a jak się ma więcej szczęścia to i jelenie.

Koło naszego domu bywają często. Bliżej podchodzą po totalnym zmroku i wtedy do akcji wkracza zazwyczaj Bronek i ze szczekiem godnym wiejskiego psa, wylatuje na pola i ujada. A ujadać to on potrafi i jak się wkręci to mimo iż zwierzyna dawno przegoniona, to on nadal szczeka w dal co odbija się echem po całym naszym przysiółku.

Ale ja cenię te chwile, kiedy czujność Bronka jest nieco uśpiona, albo gdy ja sprytnie tak poprowadzę go na spacer, że jego uwaga odciągnięta jest w inną stronę bo mniej więcej już wiem gdzie i o której można je spotkać.

I gdy się uda zastać je pod lasem na kolacji pełne soczystej trawy to one zauważając mnie po prostu stoją i patrzą mi w oczy. I ja wtedy staję i patrzę w oczy im. I choć dzieli nas kilkadziesiąt metrów to doskonale wiemy, że tam jesteśmy. I gdy one widzą, czują że nie ma z mojej strony żadnego zagrożenia to potrafią wrócić spokojnie do posiłku a ja wtedy radośnie kontempluję fakt, że jednak nie uciekły.

I ta cisza w koło, ten spokój końca dnia lub nadzieja budząca się o poranku, ten stan świata, w którym na moment wydaje się, że nie ma dookoła żadnych absurdów, że nie ma cywilizacji, że są tylko one i że tylko ja na nie patrzę... Kolejny argument potwierdzający, że oto jesteśmy we właściwym miejscu.

http://www.wild-scotland.org.uk

czwartek, 18 maja 2017

trochę praktycznego info

Ostatnio się tak wzięło i poetycko na Naszej Polanie porobiło. Chłopa nie ma w domu to babie odwala. Ale żeby nie było, że ja tylko rozmyślam i analizuję, przeżywam i wspominam. O nie!! Praca wre na całego i jak są Goście to wiadomo, że większość czynności kręci się wokół nich ale gdy pojadą to zaczynam działać i to ostro. ON powiedział, że kwiatów ma być u nas ... milion!!!! Sądzę, że będzie jeśliby policzyć te wszystkie kwitnące mniszki, przetaczniki, kurdybanki, niezapominajki, bratki i stokrotki. A będzie jeszcze więcej bo czekam i codziennie im się przyglądam i podglądam i zaglądam.


Po woli już zaczynam kumać, że ilość jest OK w kwiatach ale jeszcze musi być jakość. Rok temu posadziłam wszystko zdecydowanie za gęsto. Jedno przytłumiło drugie. A ogród to w sumie jak szachy, musisz wyprzedzać ruchy przeciwnika i to o całe tygodnie. Chyba tym cyniom nie będzie za ciasno.


A to moja pierwsza i ulubiona grządka między śliwami. Dzieje się tam i to dużo ale jednak postawiłam na skalniaczki głównie, choć widać bratki, którym nie mogłam się oprzeć zaraz po zejściu ostatnich śniegów. Między nimi wysiały się z zeszłego roku nagietki, a w innych czeluściach tej grządki są goździki, coś się będzie też pięło (ale nie groszek, ten był rok temu). Są też dwie hortensje. Zobaczymy!


O i pranie zrobiłam! Nie jedno!


 A tu mi rośnie cała grządka czegoś co nie wiem jak się nazywa ale wiem jak będzie wyglądało. :-) Nie mam głowy do tych niepospolitych nazw.


Tulipanów za rok muszę posadzić znaaaacznie więcej.


 Malwy, na których zakwitnięcie czekam już 3 rok. Sama je wysiałam z nasion. Wierzę, że w tym roku wreszcie ujrzę ich prawdziwe oblicze.


Niektórzy już w blokach startowych.


Maciejka będzie wszędzie dosłownie. No prawie ... :-)


Przerzucam co parę dni lewy kompostownik. Prawy się wypełnia. ON zrobił. Piękny, prawda?  :-)


No i jak to miejscowi mawiają, co roku inny rok jest. Tamtego lata nie miałam prawie wcale cebuli. Pewnie coś pokićkałam z sadzeniem. Ale teraz jest istny las i cebule rosną jak szalone.


W oczekiwaniu na pierwszą truskawę. :-)


A oto jest i moje marzenie. Sama dziś montowałam i wierzę, że wiatry mu nie straszne. Tunel foliowy jak określa to producent, a dla mnie to namiocik na pomidory. Parno tam cholernie i mam wrażenie, że moje rozsady będę się tam czuły jak w jajku.





I w całości. A dalej: marchew, rzodkiewka, kolendra, fasola, rukola, cukinia i ogórasy. Czekamy na plony.

A pranie cały czas schnie.


środa, 17 maja 2017

i kto by pomyślał?

Niby wiosna, a momentami już lato pełną gębą, a ja wewnątrz jakaś sentymentalna. Wracam bardzo często myślami do tych chwil, gdy dopiero to wszystko planowaliśmy, gdy informowaliśmy o emigracji z miasta i na moment z kraju, gdy organizowaliśmy, załatwialiśmy całą masę niezbędnych, mniej potrzebnych i KOMPLETNIE nieprzydatnych potem rzeczy. Wracam myślami do tych pierwszych chwil w obcym kraju, słysząc obcy język i dostosowując się (lub nie) z bólem do nowego ładu i porządku. Jeżdżę sobie w myślach na rowerze po tych niemieckich trasach, uliczkach, szlakach. Wracam do dialogów z naszymi klientami, przypominam sobie ogrom pracy i poświęcenia. I jest we mnie niebiański spokój. Radość i satysfakcja, że kolejna część mojej drogi życiowej choć w górach to w porównaniu do przeszłości idzie kompletnie z górki. Jasne, że są problemy i inne zagwozdki życiowe, któż ich nie ma...(?) ale chyba faktycznie jeśli przejdzie się przez te bagna, grząskie tereny i nierówności i wyjdzie się z tego cało to potem może być tylko  lepiej i tylko łatwiej.

Zastanawiam się skąd brałam wtedy siłę i motywację do codziennego wstawania, pokonywania dziesiątek kilometrów po mieście po to tylko aby jeden z drugim miał czysty kibel i błyszczący zlew w kuchni. Nasza Polana była tą motywacją i całokształt skoncentrowany wokół niej. Ale teraz, patrząc z perspektywy czasu, choć ogarnia mnie spokój to jednak nie wiem czy byłabym obecnie gotowa na takie poświęcenie. No wiadomo, nie ma już tej determinacji, jest inny etap, jest inna walka, plany, ich realizacja, rozłąka z Nim od czasu do czasu... Ale to wszystko idzie swoim rytmem i mam wrażenie, że wszelakie decyzje okazały się najlepszymi z możliwych. Sucha i zimna kalkulacja? Nie, to była raczej intuicyjna rozgrywka wielu za i przeciw. Nigdy pieniądz, a prawie zawsze miłość od pierwszego wejrzenia. Udaje się!

Jest naprawdę dobrze, tam i tutaj wewnątrz mnie. Zapanowała harmonia choć przecież w tak wielu sprawach chciałoby się żeby może poszło inaczej. Ale co mogę to mogę, a na co nie mam wpływu to nie mam. Tak niewiele a tyle czasu zajmuje człowiekowi zapanowanie nad tą prawdą i wprowadzenie jej, nie jako sloganu do swego życia, ale jako dewizy przyświecającej od rana do wieczora. Grunt żeby rozpoznać na co wpływ jest a na co nie ma. Bo to dodaje sił. Bo to sprawia, że nie tracimy czasu na zbędne rozkminy, żale, pretensje, oczekiwania. Dlaczego nie uczą nas tego w szkole? O ile mądrzejsi wyszlibyśmy w świat. O ile mniej byłoby depresyjnych stanów, walenia głową w mur.

Tak mi się wzięło i porobiło.

Jeszcze się uczę, że ta moja codzienna praca jest tak inna od tego wizerunku pracy wpajanego nam od dziecka. Że jest w niej ten balans, z którego dawniej nie zdawałam sobie nawet sprawy, że może finanse są znacznie mniejsze od ... no właśnie od jakich...? ale przecież starcza na chleb, na życie, na karmę dla czworonogów, na jeżynę bezkolcową i dwie kaliny...

I już nie zamartwiam się nerwowo o to co za rok, za pół, za trzy. Czy nam starczy, czy się wyrobimy. Wszystko idzie sobie w swoim tempie i nie ma co wybiegać myślami za daleko. Bo i po co? Nie mam wpływu na to, co za 4 miesiące się wydarzy. A może zadziać się wiele. Czterdzieści lat życia spędzone po to żeby pojawił się nie tyle ten wpis co TEN STAN w mojej głowie, w mojej duszy, w każdej komórce.

I kto by pomyślał...

Dobrego dnia dla WAS, uważnego, niespiesznego, radosnego.












czwartek, 11 maja 2017

wdzięczność

Czas samotności lubię tak samo bardzo jak gwarne chwile pod naszym dachem. Ważna jest równowaga i chyba ona panuje w naszym gospodarstwie domowym. To ważne. Oddziałuje bezpośrednio na moje samopoczucie. Po wyjeździe gości krzątam się po domu, koło domu, dalej od domu i wspominam zdania, słowa, uśmiechy i gesty. Mam wrażenie, że tyle ile udaje mi się ofiarować Gościom, tyle samo a może i więcej otrzymuję z powrotem. Ktoś powiedział, że moja praca to taka robota usługowa. Z dalszej odległości pewnie tak. Pełnimy usługi. Serwujemy posiłki, sprzątamy pokoje. Pierzymy, dbamy o czystość i schludny widok tego miejsca. Jednak to tylko baza. Reszta dzieje się poza nami. Odbywa się i wdzięczność przeogromna za te chwile wypełnia serce i duszę.

Gdzieś tam, w Polsce zostali wszyscy nasi bliscy. Tęsknota bywa mocna. Ale Ci co przyjeżdżają są niejednokrotnie jakby wysłannikami tej dobrej wieści, energii od nich. Stają się kimś bliskim, o kim się myśli i wspomina. Życie!

Zaokienne widoki są obecnie anielsko piękne. Przepełniają ten krajobraz intensywne odcienie zieleni i błękitu. Łąki pokryły się kobiercami mniszka, którego obfitość sprawia, że każdy kadr jest jak idealny obraz najlepszego z malarzy. Pobzykują pszczoły, koło ucha latają muchy, na kwiecie zasiadają biedronki. Świat ożył. Nie trzeba mu wiele czasu po tych chłodach. Czekał w blokach startowych na swoje przedstawienie, spektakl idealny bo stworzony przez Matkę Naturę.

A ja sieję, pielę, kopię, podpatruję. Za paznokciami znów ziemia, skóra szorstka, ale za to sen spokojny.