piątek, 10 lutego 2017

łyżwiarstwo figurowe

Zima trzyma i powiem szczerze, że mam już tej zaokiennej aury nieco dość. Jeszcze jak świeci słonko i jest jasno i przejrzyście to super ale jak nad Naszą Polanę wejdzie chmura albo mgła (którą swoją drogą bardzo lubię ale w ilościach rozsądnych) to potrafi tak trzymać kilka ładnych dni a wtedy dopada człowieka chandra. Choć ja, z natury raczej optymistyczna, rzadko ją miewam to jednak bywam w jej szponach. 

Oczywiście znam leki na takie przypadłości i nie są to żadne farmakologiczne rozwiązania, tylko np. spacer z uśmiechniętym Bronkiem i księżną Voltą, dobry film, książka, czasem lampka wina, no a nade wszystko miła rozmowa z pozytywnymi ludźmi, których na szczęście na Naszej Polanie nie brakuje. Bo jak nie ma Gości to zawsze jest przecież najbliższa sąsiadka i takie zwykłe pogaduchy z nią nad kubkiem herbaty też dobrze robią na psyche i wtedy można wracać i dalej oglądać, czytać, dziergać...

Nie mniej jednak tęskno mi już okrutnie do grzebania w ziemi, do widoku pierwszych kiełków wychylających na światło dzienne, do zapachu gleby po zimie, do leżącej Volty na rozgrzanym od słońca asfalcie, do spacerów, do długich dni, do wiosennej burzy, do tęczy zwiastującej pewien rodzaj nadziei i szczęścia. 

No ale moment jest idealny bo to wszystko przecież lada moment wreszcie przyjdzie a to oczekiwanie sprawia, że chandra odchodzi na bok, słoneczne myśli kłębią się w głowie i jest po prostu lepiej. 

Ale chwilowo i nadal jeszcze jesteśmy w aurze zimowej.
Wczoraj moja serdeczna koleżanka z liceum zamieściła na facebooku link do występu sportowców jazdy figurowej na lodzie w tegorocznych Mistrzostwach Europy w Czechach. No i obudziły się wspomnienia!!! Przyznam szczerze, że jako dziewczynka a potem nastolatka oglądałam zawsze namiętnie wszystkie transmisje z tego typu zawodów. Mistrzostwa Świata, Europy, Olimpiady... musowo byłam przed TV i kibicowałam oczywiście w pierwszej kolejności naszym. Jednak niestety Polacy słabe wyniki zazwyczaj mieli. Pamiętam tylko Grzegorza Filipowskiego, który złotego medalu nigdy na tak prestiżowych zawodach nie zdobył ale to było nazwisko, na które się czekało. Czołówka jak wiadomo, obsadzona była zazwyczaj przez były Związek Radziecki i oni faktycznie precyzją, wrażeniami artystycznymi i technicznym przygotowaniem pokonywali większość zawodników. Wykonania tańców do muzyki klasycznej to były istne perełki, a potem na koniec to wzruszenie, a czasem płacz bo jakiś piruet nie wyszedł, bo upadek... a następnie te kwiaty w foliach rzucane na taflę lodu i maskotki dla ulubieńców... no i czekanie na noty. 6.0 - i te dreszcze i te stroje i do dyszenie umęczonych ciał.

Wczoraj wróciło wszystko ze zdwojoną siłą bo przypomniałam sobie rodzeństwo Duchesnay, pamiętacie? Reprezentanci Francji a tak naprawdę to chyba obywatele Kanady, ludzie, którzy na lodzie zrobili rewolucję i pokazali takie układy, które wprawiły w osłupienie jurorów i którzy ku memu wielkiemu rozczarowaniu nie kupili kompletnie tego stylu. Chyba nie byli gotowi na taką nowoczesność w dyscyplinie, która rządziła się wtedy swoimi prawami i na pewne układy choreograficzne trzeba było jeszcze zaczekać.



Jednak rodzeństwo Isabelle i Paul Duchesnay to był mój ideał. Chciałam być jak Isabelle i mieć takiego partnera jak Paul i sunąć na tych cieniutkich łyżwach po śliskim lodzie i żeby mi się tak rozwiewała podczas tańca zwiewna sukienka i żebym tak dyszała z wysiłku. 
Mama nawet zapisała mnie na jazdę figurową na lodzie ale po pierwsze byłam już chyba za stara (12 lat) a poza tym potem jakiś ortopeda partacz orzekł, że stan mojego kręgosłupa nie pozwala na uprawienie sportu i tak szybko jak się na tym lodzie znalazłam, tak szybko musiałam z niego zrezygnować. A mam wrażenie, że te treningi, które wcale nie miały być niczym wyczynowym, sprawiłyby, że mój kręgosłup byłby teraz w znacznie lepszym stanie. No ale.... nie czas na gdybanie. Wspomnienia najpiękniejsze wróciły a ja chętnie oglądam teraz wyczyny współczesnych zawodników i muszę przyznać, że poziom tańca poszedł znacznie do góry i cieszy oko nie mniej niż dawniej. Popatrzcie jak oni to robią, niewiarygodne!!! :-)


Ale żeby poszperać nieco w historii to zamieszczam tutaj link od mojego taty, który wczoraj podczas rozmowy o tym pięknym sporcie podsunął mi takie oto, prawie pierwotne, wykonanie mistrzów, którzy zapoczątkowali nową erę w łyżwiarstwie figurowym, kto ich pamięta?




środa, 1 lutego 2017

dezercja

Wiecie, że czasem życie pisze scenariusze najlepsze a tym razem to życie napisało nowy post na bloga. Zniknęły mi dziś oba psy. Nigdy się to nie zdarza bo Volta jest zawsze koło domu, szybko marznie i jak nie ma słońca to momentalnie chce wchodzić do domu a Bronek nawet jak gdzieś odbiegnie to zaraz jest również pod domem. Nieco rozpieszczone te nasze wiejskie pieski są ale tak mają i inaczej mieć nie będą. A dzisiaj... uświadomiłam sobie, że od ponad godziny nikt nie drapał w drzwi, nikt nie piszczał ani nie podskakiwał do klamki.
Wyszłam.
Wołam.
Gwiżdżę.
Krzyczę.
Po woli zaczynam się denerwować bo takie akcje nie są mi znane z tym duecikiem.

Poszłam do sąsiadki, która mówi, że jeszcze godzinę temu widziała jak Volta chodziła po jej podwórku. Sąsiad uspokajał, że "wrócą" a ja w nerwach bo jak wrócą, jak ich nie i nigdy tak nie robili. Nagle sąsiadce zadzwoniła komórka. Ponieważ w domu mają słaby zasięg to wyszła na zewnątrz żeby odebrać. Wraca za moment i mówi, że to dzwoniła Pani Marysia z dołu, które tutaj do nas na wzgórze przychodzi do swego taty i Bronek z Voltą odprowadzili ją do domu, czyli na sam dół. Mówiła im podobno żeby wracali ale jak Volta z Bronkiem znajdą kogoś znajomego w celach spacerowych to sobie tak łatwo nie odpuszczają. Szczególnie Bronuś lubi wycieczki na dół.
No to wsiadłam do auta i pojechałam po moje zguby, które powitały mnie jednak nieco stęsknione a Bronisław nawet dał buziaka w twarz, czego raczej nigdy nie czyni. Dobrze, że Pani Marysia je zamknęła za ogrodzeniem bo na dole to już jeżdżą auta znacznie częściej i znacznie szybciej niż u nas.
I tak to właśnie dezercja czworonogów pozbawiła mnie dzisiejszej jogi :-(. Nie zdążyłam.

Ale jeszcze organizacyjnie....



Trwają podszyte nutką podekscytowania przygotowania do wiosennych warsztatów, więc siłą rzeczy myśli krążą już mocno ku przyszłości. Dziś dopięłam program i jestem z niego zadowolona a będę bardzo zadowolona jeśli w efekcie to Uczestniczki wypowiedzą się o nim pozytywnie. Tymczasem można się z nim zapoznać już TU.
Czekam nadal na zgłoszenia bo zostało jeszcze kilka miejsc. Wierzę, że i tym razem zbierze się piękna i niezwykle inspirująca grupa fajnych kobiet i że tak jak poprzednim razem odnajdziecie się w naszej przestrzeni, na Naszej Polanie i podczas licznych spacerów po okolicy, z widokami na Beskid Niski.

Na zgłoszenia czekamy do 20 lutego.



poniedziałek, 23 stycznia 2017

warsztatami wokalnymi czas wiosnę zacząć

Miało być tak pięknie a wyszło wiadomo jak...

eeeee nie ma co narzekać... jest pięknie, jest śliczna zima, są przemili Goście w Naszej Polanie a to zawsze cieszy. Roboty zatem jest trochę więc z pisaniem nieco na bakier. Czytelniczko z północy proszę o wybaczenie :-) - wierzę, że je otrzymam :-)

A dziś informacyjnie i ogłoszeniowo będzie.

Jesienią były u nas pierwsze warsztaty "WŁASNYM GŁOSEM", których magia (tak, nie bójmy się tego słowa) przerosła moje oczekiwania. Wiedziałam, że będzie fajnie i że na tego typu spotkania nie przyjeżdżają przypadkowe osoby, ale efekt tego spotkania na długie tygodnie zagościł w moim sercu. Zapewne każda z nas odkryła w sobie pokłady dźwięków z jakich nie do końca zdawała sobie sprawę. To wszystko dzięki Kasi Chodoń, która jako prowadząca warsztaty wprowadziła nas w świat pełen nut i wzruszeń. Pierwotność tekstów, smutek i radość wynikająca z wyśpiewywanych historii, atmosfera, którą stworzyły uczestniczki... to wszystko wpisało się w tytuł warsztatu i po trzech dniach wspólnego przeżywania i przebywania pod jednych dachem, śpiewałyśmy już (prawie) jednym i własnym głosem.

Było na tyle fajnie, że szybko okazało się iż wiosenne spotkanie warsztatowe odbyć się musi.

ZATEM ZAPRASZAMY

na 

WIOSENNE WARSZTATY (nie tylko) WOKALNE
 dla kobiet

"WŁASNYM GŁOSEM"


10-12 MARCA 2017

wszelkie informacje o szczegółach znajdziecie w zakładce WARSZTATY





środa, 11 stycznia 2017

podłaźniczka rozebrana czyli dziś o Paszynie

Zima nadal trzyma choć po woli jakby łagodniało jej oblicze. My tymczasem wracamy do rzeczywistości, czego dowodem są rozebrana podłaźniczka, pochowane ozdoby świąteczne i niedobitki w postaci pierniczków, które urozmaicały świątecznie nasz dom. Czego nie schrupały/przeoczyły gościnnie dzieciaki to schrupiemy my. 

Dzisiaj nadrobię stary temat, który czeka już od lata czyli zapraszam na wizytę do Paszyna

PASZYN czyli "kto rzeźbi trzy razy się modli"



Na Paszyn natknęliśmy już jakiś czas temu podczas wizyty w nowosądeckim skansenie, a w zasadzie w Miasteczku Galicyjskim, gdzie w jednym z pomieszczeń dostępnych dla zwiedzających, siedział pan i sobie po prostu rzeźbił. Wokół niego stały różne prace rzeźbiarskie i gdy nawiązała się między nami rozmowa, zaczął opowiadać o pewnym Wojtku z Paszyna. Historia na tyle nas zainteresowała, że wybraliśmy się wreszcie do Paszyna a teraz chcemy Wam przekazać tę niesamowitą naszym zdaniem historię. 

Paszyn dawniej był niezwykle ubogą wioską. Podobno mieszkańcy wracając do domu i kupując bilet w autobusie, podawali inną miejscowość bo wstydzili się, że pochodzą z Paszyna. Ziemie były tam nieurodzajne, więc panowała tam nędza a ludzie nie byli wykształceni. Taka sytuacja trwała latami. 
Jednym z mieszkańców Paszyna była Pan Wojciech Oleksy, głuchoniemy miejscowy rzeźbiarz amator. Pierwsze prymitywne rzeźby wykonywał w prezencie dla ówczesnego proboszcza ks. Edwarda Nitki. Ten ostatni chwalił za każdym razem Wojtka i dawał mu drobne w podzięce za prace, które na swój sposób cenił i uważał, że są one formą modlitwy upośledzonego parafianina. "Kto rzeźbi ten trzy razy się modli" - mawiał. Z czasem jednak mieszkańcy zaczęli się buntować, że ksiądz nagradza finansowo Wojtka a jeden nawet powiedział "że przecież tak rzeźbić to każdy potrafi", na to ksiądz Nitka powiedział "no to pokaż, jeśli umiesz tak wyrzeźbić" i tym samym zmotywował kolejną osobę do rzeźbienia. Z czasem do grona rzeźbiarzy amatorów dołączyli kolejni mieszkańcy i pod przewodnictwem proboszcza utworzyła się silna grupa wiejskich artystów, wśród których każdy miał swój własny styl, sposób łączenia kolorów (rzeźby malowane były zwykłymi kredkami, gdyż tych biednych ludzi nie było stać na farby). Prace poszczególnych rzeźbiarzy miały charakterystyczne twarze, sylwetki lub inne szczegóły, które wyróżniały te prace. 

Nietuzinkową postacią był wspomniany już ks. Nitka, który zachęcał do rzeźbienia, doceniał wszystkie wysiłki, motywował do dalszej pracy i wspierał swych parafian. Przełomem w tej twórczości był Konkurs Współczesnej Rzeźby Ludowej Karpat Polskich w Nowym Sączu, który odbył się 1972 roku, gdzie Wojtek Oleksy wraz z sąsiadem Mieczysławem Piwko zajęli ex aequo pierwsze miejsce a inny mieszkaniec Paszyna Andrzej Głód zajął drugie. Wyemitowano podobno o nich krótki reportaż w Telewizji Polskiej. Pracami twórczości ludowej zainteresowali się fachowcy a Wojciech Oleksy doczekał się nawet wystawy w Genewie. I teraz uwaga... wszystko rozwija się tak szybko i pięknie, że w 1977 roku w Paszynie rzeźbi już grupa ponad 50 mieszkańców a tego roku do Konkursu Współczesnej Rzeźby Ludowej Karpat Polskich staje 45 paszyńskich rzeźbiarzy a nagrodzone zostają (sic!) 42 prace!!!

Rzeźbiarzami zaczynają interesować się telewizje rodzima i zagraniczne, powstają o nich prace naukowe a sami mieszkańcy Paszyna zaczynają odzyskiwać poczucie wartości i są dumni ze swej wsi i swego pochodzenia. Nawet jeśli ktoś nie rzeźbi to z pewnością każdy ma wśród rodziny lub znajomych jakiegoś rzeźbiarza a to powód od chwały. 

Artyści dzięki staraniom proboszcza mieli organizowane warsztaty z profesjonalnymi twórcami ale tylko z zakresu łączenia kolorów i barw. Ksiądz nie chciał uczyć ich warsztatu bo bał się, że zaniknie ich naturalny sposób rzeźbienia. 

W tak zwanym międzyczasie miejsce ks. Nitki zajmuje nowy proboszcz ks. Stanisław Janas, który wreszcie po wielu latach starań, realizuje niespełnione marzenie poprzedniego gospodarza tej parafii i  10 września 1994 roku otwiera Muzeum Parafialne im. ks. Edwarda Nitki, które cały czas wzbogaca się o nowe eksponaty bo artyści każdą rzeźbą powiększali ilość eksponatów. 

Muzeum przetrwało do dziś i to jest bardzo piękne i potrzebne jednak po wizycie w nim mamy poczucie, że w obecnym proboszczu nie sposób odnaleźć już tej pasji, o której czytamy u poprzedników. Odniosłam wrażenie, że nasze pojawienie się (w godzinach otwarcia muzeum) nie uradowało księdza i dopiero po naszej półtoragodzinnej wizycie ksiądz nieco się rozkręcił. Poza tym takie trochę to muzeum zapomniane, zapyziałe, bez krzty promocji - a przecież to taka piękna i łapiąca za serce historia, która przez włodarzy regionu powinna być wykorzystywana aby przyciągać turystów. Dowiedzieliśmy się, że nie mają od lat żadnego dofinansowania. Że to Muzeum Parafialne, więc od żadnego ministra nic nie dostali. No teraz to chyba powinni :-).

W latach 80-tych poprzedniego wieku we Frankfurcie nad Menem powstał "Związek miłośników i krzewicieli polskiej sztuki ludowej im. ks. Edwarda Nitki", które miało na celu krzewienie wiedzy wśród społeczeństwa o fenomenie paszyńskim, ale związek nie przetrwał próby czasu. 

Piękna i smutna to historia zarazem. Smutna bo muzeum położone jest na stoku wzgórza. Po przeciwnej stronie, również na stoku znajduje się parafialny cmentarz. Naturalnym dla nas było po zwiedzeniu wystawy udać się na cmentarz na grób Wojtka Oleksego, który zapoczątkował ten fenomen. Ani obecny ksiądz proboszcz ani ludzie spotkani na cmentarzu nie było w stanie wskazać nam grobu. Ci ostatni nie bardzo kojarzyli nawet o kogo pytamy. 

A to był przecież taki drugi Nikifor - popatrzcie





Wojciech Oleksy