czwartek, 1 grudnia 2016

bo to jest tak...

... że "Jak wiadomo, budzimy się w bardzo różny sposób. Czasem trzeba wygrzebywać się ze snu ciężko i z trudem - niczym ze śnieżnej zaspy. Innym znów razem przebudzenie bywa nawet i zabawne. Jakby się bez powodu i przyczyny wzlatywało w powietrze." 
Jerzy Broszkiewicz "Ci z Dziesiątego Tysiąclecia"

No i dziś właśnie wzleciałam w powietrze, śnieżno bowiem, puchato, przytulnie. No nic... trochę też chłodno więc spod ciepłej kołderki trudno się wstaje ale Broniu swoimi codziennymi wygłupami potrafi zerwać mnie z łóżka ze śmiechem i radością. Trochę się posnułam, porozmyślałam o wydarzeniach minionych dni, tych dobrych i tych nie do końca. Ale jest nowy dzień i "cud niepamięci" działa przecież idealnie. No i TO za oknem cieszy okrutnie. 

Trzeba wypić coś ciepłego, schrupać kilka kulek pierzgi profilaktycznie, zjeść pożywne śniadanie bo bez niego ani rusz. A potem to już rutynowe czynności, do których muszę się nieco mobilizować ale jak już się to stanie to zawsze radośnie je wykonuję. Trzeba oczyścić piec z popiołu, następnie w piecu rozpalić bo jak słonka nie ma to dom szybciej się wychładza. Jak już ogień strzela i przyjemnie towarzyszy kolejnym czynnościom, to biorę ten wybrany popiół i przebieram. A tak... przebieram i wybieram stare gwoździe, które zostają po spalonych porozbiórkowych deskach. Gwoździe zbieramy do wiaderka a potem, jak się już uzbiera ich konkretna ilość, jedziemy i sprzedajemy na złom. Niech się materia przetwarza i niech służy dalej ludziom a my będziemy mieć parę peelenów na kilka litrów gazu do naszej Ładziny.  

Popiół przesiany, teraz sprzątam napadany puch sprzed drzwi i ze schodów prowadzących do domu. Już i tak pod warstwą śniegu utworzył się lód, więc sypię popiół na schody żeby bezpieczniej było wchodzić. Teraz biorę z domu wiadro z kompostem i wywalam na kompostownik. Wszystko przysypane warstwą bieli, więc trochę niszczę tę biel ale to nic, śnieg zaraz to przykryje, przecież cały czas prószy z nieba. Dosypuję popiół żeby pomógł w szybszym przekompostowaniu. Dobre jest to uczucie, w którym czuję, że coś tworzę, że się do czegoś przyczyniam. Że to co tu sypię, za kilkanaście miesięcy będzie materią niezbędna do życia naszych upraw.

No to teraz idę za dom, odchylam starą blachę pod którą trzymamy drewno. Nakładam sobie na ręce stare pocięte dechy i niosę je do domu, robię kilka takich rundek. Śnieg wpada mi do niezasznurowanych butów, Bronek skacze obok radosny tak, jak potrafi być, gdy widzi tyle śnieżnej bieli. 

Jest cicho i spokojnie. Chyba zima rozpoczęła się na dobre bo wreszcie przetarg na odśnieżanie w naszej okolicy został rozstrzygnięty a pług grzecznie przejechał z samego rana. Myślę sobie przy tych wszystkich czynnościach, że o takie życie walczyłam mimo iż nie miałam o nim pojęcia. Instynktownie lgnęłam do tego wszystkiego i oto jest. Przy niemym szeleście opadających płatków śniegu, drepczę sobie, zostawiając świeże ślady na śniegu i wiem, że jak za godzinę czy dwie wyjdę ponownie na zewnątrz to świat znów będzie dziewiczo zasypany świeżym puchem i ponownie będę mogła  przeżywać radość z wkraczania w niego na nowo. 

Odgłos rozdeptywanego śniegu uzmysławia mi, że to idealna temperatura na ... bałwana. Był zamówiony już przy poprzednich opadach ale nie było czasu, a może weny... Dzisiaj jest i robię go z wielką radością. Wkładam mu na łepetynę coś na kształt dredzich bałwanich włosów i wysyłam ciche życzenie, żeby ON już szybko tu był. Bo chata bez chłopa na dłuższą metę pozbawiona jest kompletnie sensu. 


poniedziałek, 28 listopada 2016

ciepło

W wiejskiej chacie jedną z najważniejszych kwestii jest ciepło. Ciepło z pieca, ciepło w stopy, ciepła kołdra, ciepły sweter, ciepła atmosfera w domu. I to nie dlatego, że u nas jest zimno ale dlatego, że ciepło w wiejskiej chałupie odczuwa się nieco inaczej niż w mieszkaniu w bloku. Gdy się człowiek rusza to bywa, że chodzimy i w podkoszulku ale przy oglądaniu dobrego filmu, czytaniu lub "robótkowaniu" dobrze zaopatrzyć się w herbatę ze świeżym imbirem, kieliszeczkiem naleweczki, jednak nic nie zastąpi ciepłych wełnianych skarpet, które ostatnio robię namiętnie. 

Aby robić skarpety, i wszystkie inne rękodzieła, powinno mieć się dobry humor. Nie zabieram się za twórcze prace, gdy coś jest nie tak, gdy lenia mam, gdy po prostu brak weny. Trzeba dawać przedmiotom pozytywną energię i tego się trzymam. Ponadto robienie na drutach uczy cierpliwości. Czasem coś trzeba spruć, czasem praca musi odczekać parę godzin, żeby z nową energią znów móc przystąpić do dalszego dziergania. Ale wszystko służy temu żeby było zwyczajnie ciepło, miło, mięciutko, wygodnie. 

Moje skarpety są grube, mięsiste i raczej stopa z nimi do buta nie wejdzie. Zakładam je na podstawową skarpetę i chodzę w nich po domu. Zabieram ze sobą, gdy jadę do kogoś z wizytą, bo one zastępują mi kapcie a wiadomo, że tu na wsi, w wielu domach niestety ciągnie nieco "po rajstopach", więc trza się zabezpieczać. I problem nielubianych kapci odpada :-). 

No i jeszcze ten piec, dusza domu, serce głównej izby. Moja miłość, którą zbudował ON a zaprojektował zdun z Akademii Bosej Stopy, Artur Milicki. Wiele mieliśmy przejść i różnych zagwozdek związanych z tym wielkim grzejnikiem naszego domu ale ostatecznie wszystko gra i funkcjonuje jak należy i polecam każdemu piec, który zwie się rakietowym. Ma dodatkowo z boku specjalną ławę, która nagrzewa się i potem miło ociepla cztery litery bo zimowym spacerze. Ławę kocha też kot Niuniol, który często okupuje to miejsce w koszyku wiklinowym moszcząc sobie gniazdko. Na piecu, który otynkowany jest gliną, suszą się jesienią grzybki i owoce dzikiej róży a  już wkrótce jabłka i pomarańcze na choinkowe ozdoby. 

No i jeszcze ciepełko w naszych sercach, które stale trzeba podsycać i podkładać żeby ogień nie wygasł. To jest wartość ogólnie niezbędna i warto o tym nie zapominać i mówić sobie czułe słówka, obdarzać się uśmiechami, zniżać ton do łagodnego (uczę się :-)), słuchać, nie oceniać, kochać i podlewać ten kwiat, którego uprawa jest chyba jedną z najtrudniejszych na świecie. 

Życzę Wam ciepła, duuuużooo ciepła na każdą porę roku. 










czwartek, 24 listopada 2016

dobre anioły

Stara nasza chata drewniana, której początek życia datowany jest na rok 1928, zapewne ukrywa między swoimi balami wiele ciekawych historii, żyć i duchów, jakie pozostawili po sobie przodkowie. Co prawda nie w prostej linii nasi, ale jakoś jednak trochę nasi bo czuć ich opiekę nad naszych domem a fakt, że siedzę tu sama czasami i kompletnie niczego się nie boję (bo niby czego?), sprawia, że ich dobra obecność jest stale wyczuwalna. 

Realnym i namacalnym opiekunem naszego domu jest Pan Wojtek, o którym pisałam wiele miesięcy temu TUTAJ i na szczęście nadal jest w dobrej formie. Przy dobrej pogodzie wychodzi z domu i robi tzw. obchód terenu i sprawdza czy wszystko jest na swoim miejscu. A jak nie jest, to bywa że się złości. 

Fruwają też nad naszym domem anioły najlepsze, osób które przez ostatnie lata odeszły z tego świata ale wiem, że są z nami i kibicują tam z nieba wszelkim poczynaniom naszopolanowym. Moja niedawno zmarła Babcia, JEGO Dziadkowie, moja Kabatka najlepsza na świecie, która parę dni temu skończyłaby 40 lat, ale dane jej było nacieszyć się życiem jedynie 37 wiosen. Oni i  jeszcze inni, oni wszyscy są i krążą i czuwają i wysyłają dobrą energię. Wyczuwam to całą sobą i mam wrażenie, że wiejskie życie pozwala mocniej poczuć ich duchy, które zapewne systematycznie nas odwiedzają. 

Są też kochani i serdeczni a przede wszystkim niezwykle pomocni rodzina, znajomi i przyjaciele, którzy od czasu do czasu pragną przybyć do nas i się zwyczajnie zmęczyć. Ludzie, którzy mają potrzebę zostawić na naszej ziemi trochę swojego potu, wycisnąć ile się da i zobaczyć tego wymierne efekty. Takich ludzi od początku jest wielu. Począwszy od mojego Brata, który jako licealista jeszcze przybył ze swoim przyjacielem w wakacje i pomagał JEMU ogarnąć nieco teren, potem rodzina Lazurków i Kowalczyków, którzy cięli z nami drewno na opał na kolejne zimy, układali tysiące butelek w naszej podłodze butelkowej, nosili cement i ciężką glinę na różnego rodzaju fundamenty, JEGO Brat z dziewczyną Weroniką, osoby energiczne o wiecznym uśmiechu na twarzy i radości zewsząd wypływającej, moja Mama z Tatą, którzy po wielu latach stanęli razem przy kuchennym blacie i pomagali w przygotowaniach do naszego wesela. Był też Blaskacz, który na co dzień tworzy piękne dźwięki i swymi delikatnymi dłońmi wypuszcza z instrumentów genialne nuty a tutaj utytłany w kurzu tyrał i nosił i budował. Że nie zapomnę oczywiście o dzielnych chłopakach Marcinie a potem Marcelu, którzy po prostu przyjechali żeby pomóc a to w budowaniu budynku gospodarczego a to przy pierwszym etapie układania pokrycia dachowego. Co cenne, przy tych ostatnich osobach to fakt, że Nasza Polana zbliża ludzi bowiem Marcina poznaliśmy tutaj, u nas, był dosłownie 2h z wizytą i sobie zamarzył pobyć z nami i popracować, a Marcel był kolegą ale takim, którego raczej widywaliśmy na imprezach. Ktoś dalszy stał się kimś bliskim i niezwykle szczęśliwym z powodu roboty, jaką dla nas wykonał, że o naszym SZCZĘŚCIU nie wspomnę. 

Jakie to jest niesamowite, że przyjaciółka z czasów licealnych, która przybyła do mnie w jeden z listopadowych weekendów, mimo pięknych i długich paznokci :-) i stroju dość eleganckiego, ubrała się w starą kapotę i wyszła ze mną na zimne pole po drewno na opał, zabierając przy tym siekierę z podwórka do domu (tak na wszelki wypadek :-) ). Lubię ludzi, którzy po przybyciu tutaj czują się częścią tego miejsca i chcą w nim zostawić jakiś swój ślad. A no i jeszcze Ania i Marcin, których wcześniej nie znałam, ale jadąc do nas postanowili ofiarować nam stare serwetki kordonkowe i obrusy takie "babcine" (Ania miała kiedyś własną restaurację i to pozostałości po wystroju). 

A teraz wisienka na torcie. 
Latem ON wybrał się na samotną, kilkudniową wyprawę rowerową po Beskidzie. Wieczorem, szukając miejsca na nocleg, zapoznał kolegę, z którym podobno przy ognisku przegadali parę godzin i była to fajna, męska, konkretna rozmowa o życiu. Czasem dzieje się taki cud, że dwie obce sobie osoby, w parę chwil stają się sobie bliskie. Obaj rowerzyści, podążali w przeciwnych kierunkach, ale los skrzyżował ich trasy i nastąpiło niesamowite spotkanie. Rafał - bo o nim mowa - stał się kolejną osobą, niezwykle nam bliską duchowo i serdeczną za każdym razem gdy się widujemy bo widujemy się od tamtej pory dość systematycznie. Parę dni temu otrzymaliśmy niezwykły prezent. Pierwszy gadżet reklamowy Naszej Polany :-), który niezwykle ucieszył moje serce i co tu dużo gadać... wzruszył. Dziękuję!!!





To, co nam Kochani, ofiarowujecie w postaci Waszej ciężkiej pracy, Waszej obecności, niespodzianek, pocieszenia, dobrego słowa to zawsze zostaje mocno z nami i jest darem najpiękniejszym. My możemy odwdzięczyć się teraz jedynie swoją gościnnością, dobrą i pożywną strawą, gorącą ziołową herbatą, naleweczką, rozmową, opowieścią, wycieczką w nieznane lub słoikiem przetworów, wytworzonych z tego, co daje nam Matka Ziemia. Ta wymiana z Wami zawsze jest bardzo pokrzepiająca. Dziękujemy WAM. Nasza Polana jest WASZA :-)

wtorek, 15 listopada 2016

a jeszcze nie tak dawno było brązowo i różowo

Spacer po prostu i tyle. Galeria obrazów zmieniła barwy na bardziej aktualne. Pięknie, pysznie, świeżo, energetycznie.





A to nasza sarenka, która od jakiegoś czasu jest mieszkanką Naszej Polany czyli Wolta. Wolta jest z pochodzenia Warszawianką i przyjechała do nas na wakacje. Ale jak to w wakacje bywa zakochała się w chłopaku ze wsi czyli w naszym w Bronku, zakochała się w wiejskim życiu, polubiła swoje prywatne spa na asfalcie, gdzie wylegiwała się wakacyjnie całymi dniami, ledwie ustępując drogi ciągnikom i lokalnym autom. Na szczęście wszyscy już wiedzieli, że nasza arystokratka ze stolycy uwielbia takie relaksy i zwalniali przy niej czasem do zera. Jesienią w słoneczne dni układała się na kupkach zgrabionych liści a teraz też nie skąpi sobie słonecznych spacerów i nurkowania w śniegu razem z Broniem. Wolcia jest przemiłą a la charcicą, długodystansowcem w bieganiu. Ci co ją znają wiedzą, że potrafi być milutka jak aniołek ale swego posłania strzeże mocno i głośno. Jest z gatunku ciepłolubnych i gdy ona wygrzewa się przy piecu, Bronek leży na zimnych kamieniach bo jemu wiecznie za ciepło. No i mamy dwa pieski i kota Niuniola czyli inwentarz się powiększa. Tymczasem zapraszam na dalszy ciąg zimowego spaceru.