sobota, 16 czerwca 2012

Szczęśliwości część pierwsza

Wakacje są zawsze za krótkie. Nawet te, które kiedyś trwały dla nas po dwa miesiące, nigdy nie były wystarczające. Z wakacji zawsze wraca się z trudem i bólem oraz z poczuciem utraty czegoś, co już nigdy się nie powtórzy. Z wakacji wraca się jednak przecież przede wszystkim z bagażem doświadczeń, przygód, wspomnień, uśmiechów, nowych odkryć. U nas to wszystko co powyżej sprawdziło się, więc nasz wyjazd uważamy za bardzo udany choć wielu wcale nie zaliczyłoby tego czasu do urlopu opu. Z wypoczynkiem faktycznie miało to niewiele wspólnego. Harmonogram był bardzo napięty od początku do samego końca. Ale... po kolei.

Warszawa
Pięciodniowa bieganina. Wszystko obliczone niemalże co do minuty. Szybkie spotkania, uściski, opowieści, wsłuchiwanie się w historie tych, za którymi tak się stęskniłam/stęskniliśmy. Z NIM widziałam się rzadko, bo ON swoje miał na głowie, ja swoje - choć mojego biegania było więcej, no bo to moje rodzinne przecież miasto. Znajomi, u których teoretycznie się zatrzymaliśmy, widzieli raczej nasze bagaże niż nas. Z nimi udało nam się spędzić pierwszy wieczór, a w zasadzie już nockę oraz przedostatni wieczór i to też w biegu. Wstyd nam było ale oni na szczęście byli wyrozumiali niezmiernie. Moje serdeczne Dziewczyny /ukłon wielki dla Izuli i reszty czeredy :-)/ wyprawiły mi cudny babski wieczór z pysznym raclette oraz opowieściami, od których co i rusz moje oczęta wilgotniały a to ze śmiechu, a to ze wzruszenia. No i jeszcze masa cała innych równie serdecznych spotkań, które trwały krócej niż by się chciało, szybciej niż normalnie się to kiedyś odbywało. No ale co zrobisz... skoro czas nagli...  Dzieci znajomych urosły, niektóre już mnie nie pamiętały, więc biegłam szybko żeby im się przypomnieć. Chyba się udało :-). Inne, te starsze, pytały nas dlaczego musimy już jechać i nie chciały nas wpuścić do windy, żeby utrudnić nam odjazd. To piękne chwile. Z jednymi nawet w godzinach nocnych na boisku rozegraliśmy meczyk w badmintona, bo szkoda było czasu na sen skoro następnego dnia trzeba było powiedzieć kolejne ADIEU.
No i niestety jeszcze kilka osób, na spotkanie z którymi czasu zwyczajnie zabrakło. :-( Ale wierzę, że następnym razem się uda. MUSI.
Jednak nie ulega kwestii, że było magicznie, wzruszająco i już tęsknię. Za Warszawą mniej, za WAMI /i Wy wiecie kogo mam na myśli :-)/ OGROMNIE.

Czarodziejka 
Znaliśmy ją tylko z blogowego świata. Kasztanowa grzywka opadająca na czoło to jej znak rozpoznawczy, ale nie tylko. Rogaty Fidel, urocza Słonika, trochę wycofana Fiona oraz cała reszta ekipy rogatej i nie tylko :-), składająca się na to przepiękne gospodarstwo w Beskidzie Makowskim, jest absolutnie warta grzechu i nie będą kryła, że reklamować to miejsce zamierzamy jak się da i kiedy tylko się da.
JOLINKOWO to mała chatka, wydawałoby się ulokowana już pod samym niebem. Jak wdrapywaliśmy się tam za pomocą naszego Twingo /które podczas całej naszej wyprawy okazało się być prawdziwie terenową maszyną/, ON zapytał mnie, a właściwie stwierdził, że "musiałam coś pomieszać i źle zrozumieć jak mi Jola tłumaczyła drogę, bo tam gdzie jedziemy to chyba już nic nie ma". W istocie, droga jest tak magiczna, i tak długo pnie się pod górę, że doprawdy trudno uwierzyć iż TAM jest jeszcze jakaś wioseczka. A jest! i to jaka... :-)
Jola powitała nas od progu ... swojej łąki :-) jak starych znajomych. Nie było miejsca ani czasu na jakieś kurtuazyjne czy sztywne powitania. Zresztą w Jolinkowie chyba każdy czuje się po pierwsze jakby już tam kiedyś był, po drugie jakby był u siebie, a po trzecie jakby przyjechał do swojej serdecznej, tyle że dawno niewidzianej znajomej. No bo Jola ma w sobie taką MOC, która tak właśnie każe się czuć i tyle.
W sumie każde moje słowo opisujące tę krainę, wydaje się być banalnym w porównaniu z tym co się tam przeżywa. A przecież nie dzieje się tam nic spektakularnego... a może właśnie tak!!! To wszystko... ta rosa...
 ten podeszczowy liść skąpany w słońcu
ta mgła unosząca się ponad przełęczami


te baśniowe paprocie
 

babuleńka żwawym krokiem prowadząca kozy na łąkę


wszystkie te Cuda prowadzą nas do JOLI, która wrosła w to miejsce i w tę społeczność całą sobą. Mieszkają razem z Tomkiem jakby się tam urodzili. Radzą sobie doskonale choć cały czas przyznają, że nadal się uczą.  Chętnie dzielą się doświadczeniem, nie pouczają ale z ochotą opowiadają, co ważne.... POTRAFIĄ TEŻ SŁUCHAĆ. Nas! Żółtodziobów, początkujących... są spragnieni historii, zadają pytania i z uwagą wysłuchują odpowiedzi. U Joli niczego nie trzeba, u Joli jest swobodnie, u Joli jest PYSZNIE bo udało się popróbować i jej chlebka i bundz/bunc - spotkałam się z dwiema pisowniami i nie wiem która poprawna, ale może to zależy od regionu?
Kochani, pozwólcie że resztę zachowamy dla siebie. To było jak się okazuje bardzo osobiste wydarzenie.

Dla Was mamy jednak sugestię. Idą wakacje, jeśli nie wiecie jeszcze co z nimi zrobić to polecamy Wam JOLINKOWO - bliższe informacje odnośnie rezerwacji znaleźć można TU. U Joli można wypocząć czynnie chodząc po górach, zwiedzając okoliczne uroczo położone wioseczki, jeżdżąc na rowerze /raczej sugerujemy MTB/ lub zwyczajnie "bycząc" się z kozami na łące. Krajobraz sprzyja kontemplacjom, medytacjom, czytaniu książek lub "nierobieniu niczego". Cisza i kameralność. Oderwanie od cywilizacji. Czasozapomnienie. Relaks.
Jolu Dziękujemy!
No i jeszcze kilka fotek z Jaworzynowych okolic






no i sławna już Kozia Rodzina, która jest mocno ruchliwa i nie jest łatwo uchwycić ją w obiektywie



To był dopiero początek. To były dopiero pierwsze dni naszej wolności od niemieckiego kieratu. CDN. :-)

9 komentarzy:

  1. No to akumulatory naładowane na MAXA :)Głowa nabita też na MAXA :)
    Ludzie których spotykamy na swej drodze to bardzo często słupy milowe i drogowskazy jednocześnie, życzymy Wam aby właśnie Jolinka była dla Was właśnie TYM na drodze do ,,waszej polany " przykład i wzór godzien uwagi.
    Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jola jest faktycznie wspaniałym drogowskazem, jeśli można ją tak nazwać. :-) A my nabici faktycznie...na MAXA :-) i teraz co z tym tutaj robić? Łatwo nie jest.

      Usuń
  2. Kraina szczęśliwości pozostanie w Tobie.
    Zrobisz z niej pożytek w Waszym górskim domu.
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  3. piękne wakacje... piękne to zdjęcie z oświetlonym miasteczkiem w dolinie. Będziecie mieli co zatrzymać w sercu na kolejne miesiące zwyczajności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech ta zwyczajność już nas, a z pewnością mnie, dopadła i łatwo niestety nie jest... BOLI!

      Usuń
  4. Zazdroszczę trochę spotkania z Jolinkowem ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no owszem, jest czego zazdrościć :-) ale i przecież Ty możesz w Jolinkowe progi zawitać. Wakacje do tego są idealną okazją :-) POLECAMY!

      Usuń