niedziela, 4 stycznia 2015

nowe

W kwietniu mijają 4 lata. W sumie tyle zakładaliśmy. Wierzę, że to wiążące i że nic się nie przedłuży. Pisać mi się w związku z tym zachciało i mam wrażenie, że może być teraz częściej, intensywniej, sumienniej. Każdy poranek jest obecnie coraz radośniejszy. No a poza tym dzień się wydłuża więc ciemności poranne coraz mniej będą straszne. Martwię się o zaangażowanie w obowiązki pracowe przez najbliższe tygodnie (taaak! liczymy to już w tygodniach) bo skupienie zapowiada się być skoncentrowane na czymś kompletnie innym.
Z tym wszystkim wiąże się też czas podsumowań, obserwowania siebie, zmian, jakie zaszły. A jest ich sporo. 
Żyjąc od paru lat w kraju konsumpcjonizmu o głowę większego niż Polsce, zagościły w naszym życiu nowe przyzwyczajenia, zwyczaje, nowe normy, które są już pewnego rodzaju stałością. Jasne, że czasem było to też podyktowane oszczędzaniem na wyznaczony CEL, nie mniej jednak świadome podejmowanie pewnych decyzji bardziej zdominowało otoczenie, w którym mieszkamy i pracujemy. Nie będę pisać o żadnych nowościach ani rewolucjach, jedynie chcę podkreślić to co zaobserwowane w naszym życiu i co zdarzyło się o z jednej strony świadomie z drugiej tak po prostu naturalnie. 

Przede wszystkim masa śmieci wyrzucana przed ludzi nas przeraziła. Ilości jedzenia zepsutego, przeterminowanego a czasem zupełnie dobrego ale wywalonego do kosza tylko dlatego, że na jego miejsce pojawiło się nowe nawet nie wiem czy świeższe, bo być może z tego samego transportu. O tym ile jedzenia wyrzuca się każdego dnia wiedziałam od dawna ale gdy człowiek uczestniczy w tym na co dzień, w tak wielu gospodarstwach domowych, to ta świadomość trafia do umysłu ze zwielokrotnioną siłą. Chleb, owoce, warzywa, nabiał... wszystko. 
Z dumą mogę powiedzieć, że w naszym niemieckim domu tego typu odpady nie funkcjonują prawie wcale. Kupujemy tyle ile potrzeba. Czerstwy chleb zawsze wykorzystujemy do końca czy na zapiekanki czy to na grzanki do zupy. Z rzadka częstujemy nimi miejscowe kaczki i łabędzie, które i tak są przekarmione a władze miejskie stawiają znaki żeby ich nie dokarmiać ze względu na dużą populację szczurzych rodzin. 
Resztki z owoców i warzyw lądują w koszu bo nie mamy kompostu. Wierzę, że firmy odbierające śmieci robią z tymi resztkami to co do nich należy. Zapewne obecność pojemników na bioodpady usprawiedliwia w większości mieszkańców, którzy po prostu kupują zbyt dużo a potem wywalają nie zjedzone produkty do kosza. Ale nie o wyrzucanie mi tu tak naprawdę idzie, ile o świadome kupowanie, w ilościach możliwych do przejedzenia. Ta umiejętność mam wrażenie dopiero raczkuje. 

Przestałam też kupować ubrania. Tzn. może nie tak, że totalnie i całkowicie bo byłaby to nieprawda ale jeśli już to królują secondhandy, gdzie od czasu do czasu zaopatruję się i tym samym uzupełniam garderobę. Nauczyłam się jednak odkopywać w szafie zapomniane ubrania, których np. nie nosiłam jakiś czas i potrafię cieszyć się nimi jak nowymi. Te, które nie są noszone i brak mi do nich sympatii oddaję bez żalu (co kiedyś przychodziło mi znacznie trudniej). Inni tez potrafią cieszyć się z nowych-starych ubrań i znajdują dla nich pomysły na urozmaicenie własnej garderoby. 
W ogóle mój styl ubierania znacznie się zmienił. Teraz stawiam głównie na wygodę żeby nie powiedzieć tylko na nią. Ma być ciepło i nie krępować mi ruchów. Jasne, że mam lustro i staram się wyglądać przy tym nie tyle atrakcyjnie dla świata, co chcę podobać się sobie no i JEMU. Lans na ulicy totalnie mnie nie pociąga, nowości na półkach sklepowych są mi obce i naprawdę nie zwracam uwagi czy w tym sezonie ma być kratka, kwiatki czy też paski. Jeżdżę na rowerze więc pewne stroje determinuje mój jednoślad i to on jest często tym, który dyktuje o poranku mój strój.  
Zaczęłam robić skarpety zimowe, czapki. Uczę się też dziergać inne rzeczy. Każdorazowo cieszy mnie takie małe dzieło wytworzone własnymi rękoma. Ofiarowuję je też jako prezenty. Mam nadzieję, że obdarowani mają choć w połowie tyle frajdy co ja.

Kosmetyki także ograniczyłam do minimum. Obecnie w mojej łazience króluje olej sezamowy, który pełni rolę balsamu do ciała i kremu do twarzy. Świetnie natłuszcza i nawilża skórę na parę dni. Kremy też są ale zwykłe i to sztuk dwie, bez żadnych megakosztownych ulepszaczy.  Przestałam się zupełnie malować. Nawet tusz do rzęs jest już obecnie dla mnie pewnego rodzaju gorsetem na twarzy a zmyty odczuwany jest przeze mnie jeszcze następnego dnia. Moje oczy są wtedy przemęczone i łzawią. Poza tym cera stała się z wyglądu młodsza i po prostu lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Jest mi dobrze w swojej skórze jak jeszcze nigdy mi nie było. 
Od czasu do czas używam perfum, dezodorantów nie mam wcale. Jest jeden antyperspirant - jak mi się przypomni to jest w użyciu jak nie to świat się nie wali. Nie świadczy to jednak o tym, że zaniedbuję utrzymywanie codziennej higieny. Po prostu teraz wiem, że niekoniecznie trzeba aplikować sobie codziennie dziesiątki warstw chemii żeby móc normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Ile w tym wszystkim czystej propagandy nie trzeba się długo zastanawiać. 

Oszczędzanie na Naszą Polanę to jedno ale to nie ono podyktowało tego typu zmiany w moim podejściu do kupowania i otaczania się przedmiotami. Mam wrażenie, że od czasu rozpoczęcia emigracji po prostu dojrzałam, mam więcej czasu dla siebie i dużo myślę o tym jak chcę aby wyglądało moje życie. Dążenie do realizacji planów i marzeń determinuje też nasze postępowanie i pozwala odróżnić bardzo jasno to co ważne od tego co ważne wcale dla nas nie jest i pozwala skupić się w 100% na tym co absolutnie najważniejsze i priorytetowe. 

Myślę sobie teraz, że moja niechęć do niemieckiej ziemi ma jednak swoje pozytywne skutki. Że fakt iż nie poświęcaliśmy zbyt wiele czasu na poznawanie terenu, na którym przyszło nam żyć przez ostatnie lata, nie dekoncentrowaliśmy się, nie interesowała nas zbytnio niemiecka sztuka, kino, teatr, czas wolny spędzaliśmy w naszym małym prywatnym polskim getcie, sprawił iż o wiele więcej przyszło nam koncentrować się na własnym wnętrzu i samorozwoju. Tym samorozwojem określam też świadome życie, w którym zawiera się chociażby to świadome kupowanie i ograniczenie otaczania się przedmiotami. 

Był czas kiedy naszym marzeniem był zakup pewnego konkretnego auta ulubionej marki. Gdy podróże do Polski naszym małym samochodem stały się dla nas już uciążliwe, dojrzeliśmy do decyzji że kupimy sobie to nasze upatrzone, wymarzone autko. No i owszem fakt posiadania tego samochodu cieszy, jednak myślałam, że realizacja tego marzenia uraduje mnie o wiele bardziej.  A tak naprawdę to przecież tylko przedmiot. Teraz szukamy czegoś z napędem na 4 koła. Oglądamy (tzn. ON ogląda) setki ogłoszeń i próbuje mnie zainteresować tym lub owym egzemplarzem ale ja już wiem, że mnie ucieszy po prostu auto jeżdżące, sprawne i w miarę odpowiednie na naszą kieszeń. Nie jaram się już wyglądem i innymi bajerami. I bardzo mnie to cieszy. 

Nadal nie umiem jednak pohamować się w zakupie książek choć mam już postanowienie, że gdy tylko przeprowadzimy się do Polski to pierwsze moje kroki pokieruję do biblioteki, gdzie z pewnością skorzystam z ciekawych zbiorów i nie będę musiała zagracać domu (nie tak znów wielkiego) nowymi egzemplarzami. A może pewnego dnia dojrzeję, żeby przeczytanymi książkami podzielić się z ludźmi. Tak naprawdę marzy mi się postawienie w naszej okolicy kilku takich wolnych bibliotek z książkami, które są bardzo popularne tutaj w Niemczech ale także w Anglii, że nie wspominając o Skandynawii. Znajdują się tam książki oraz gazety, które pożyczają mieszkańcy, odnoszą tam także swoje przeczytane lektury i tak oto książka krąży po ludziach i miejmy nadzieję, że trafia do zainteresowanych. Oczywiście można prognozować, że u nas to zaraz rozkradną, rozrzucą, zniszczą. Ja jakoś zawsze wierzę w człowieka. Edukować trzeba. Kropla drąży skałę i mam nadzieję na sukces takiej idei. A może w Polsce funkcjonuje już gdzieś tego typu inicjatywa, wiecie coś w tym temacie? 






Dodatkowo Niemcy mają świetny zwyczaj robienia tzw. wystawek. Kiedyś już o tym pisałam. Niepotrzebne przedmioty wystawiają na ulicę ale nie w formie śmieci tylko właśnie przedmiotów, które swobodnie można zabrać jeśli tylko uznamy, że nam się przydadzą. Niemcy dbają o czystość, więc sprzęty są wyczyszczone i zadbane. Często spotkać można np. stary telewizor razem z instrukcją oraz pilotem przyklejonym taśmą. To sygnał, że jest on sprawny.  
U nas niestety często sprzęty niszczeją gdzieś w piwnicach i na strychach. Nas już nie cieszą ale nie ma zwyczaju oddawania, dzielenia się. Powstają akcje typu http://wymiennik.org/ ale to nadal niszowe projekty. Mam nadzieję, że z czasem się to rozwinie. 
Jak już dojedziemy, rozpakujemy się na dobre i posegregujemy nasze sprzęty to sama chciałabym w okolicy zrobić wystawkę :-) albo coś na wzór garażowej wymiany dóbr. Zobaczymy jak to się sprawdzi. 

Od jakiegoś czasu zerkam też na blogi, gdzie promuje się minimalistyczne podejście do życia i jestem podwójnie dumna z siebie i nas, że do pewnych wniosków doszliśmy po prostu sami, nikogo nie naśladując, nie czerpiąc inspiracji z poradników, tylko życie pokierowało nas na taki szlak. 

27 komentarzy:

  1. och, jak by mi się przydała taka szafka na książki. A może wystawię taką na naszej uliczce, tak koło rogu? wstępnie ją zapełnię?
    Bo co ja robię, co robię dziś? ciuchy segreguję, wydaję. Mam taki system recyklingu: do kogoś (wiem, że mu się podoba, a ciuch, hmmm, bywa z metką lub trzy razy ubrany), do pojemnika, na szmaty.
    Strasznie mi się nagromadziło przez lata niewydawania, i to rzeczy "do pojemnika" i "na szmaty".
    Wiem, że wciąż za dużo ubrań kupuję, coraz bardziej szkoda mi na nie pieniędzy. Ale tak btw "wewnętrznego ustrojenia"- wczoraj mi się śniło, że jestem śmiertelnie chora. Miałam z tym dwa problemy- taki, że aktualnie mam dwóch facetów i żaden się nie zdeklarował;-p oraz taki, że nie zdążę ubrać się w nowe letnie sukienki.
    Więc stroić się wewnętrznie to ja raczej będę w przyszłym życiu.
    A niektórych łachów nigdy nie wyrzucę, bo już takich nie kupię- wczoraj byliśmy na szopingu (dla TP, dla TP!) i zobaczyłam, ile poliestrów musiało zginąć...
    dobra, jeszcze tu wpadnę, Mrysław mi przeszkadza. Jakiś koment napiszę, bo tak tu o sobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie mogłaś napisać, że to ja jestem głównym odbiorcą tych ciuchów, bo wcale a wcale się tego nie wstydzę ;-) i nie mam dzięki wyrzutów, że kupuję, choć nie powinnam (finanse, finanse...). A z tymi "na szmaty" to ostrożnie, bo przecież będziemy czapeczki szyć!
      Polanko, u nas dokładnie tak samo - widać zmieniają się priorytety ;) Kosmetyki ograniczone do minimum, auto musi jeździć, ciuchy "z drugiej ręki" ;-)) Książki wciąż kupujemy, ale "czytadła" wypożyczamy z biblioteki (jesteśmy chyba najgorliwszymi lokalnie czytelnikami). Staramy się też być samowystarczalni w kwestii jedzenia, tzn. wciąż dążymy do ideału. Po tym maratonie świątecznym został nam straszny nadmiar jedzenia, co napawa mnie niesmakiem, mimo że większość mamy kim skarmić. (zdecydowanie za mało jedliście, buuu).

      Usuń
    2. No więc tak, Megi rozgrzeszona bo kupuje ale oddaje, przekazuje dalej bo ktoś skorzysta, w tym wypadku Ty Inkwizycjo. Gorzej jak leży i stanowi posiłek dla moli. No jedliśmy tyle co zawsze czyli w normie. :-) Po świętach każdy najedzony i się chyba naturalnie zaczyna ograniczać. Właśnie mnie ta Wasza biblioteka zainspirowała do przemyśleń wielu. Skoro jakieś egzemplarze przez ostatnie 8 lat były wypożyczane tylko 4 razy to musi być marnie. Podnoście frekwencję żeby Wam tego przybytku nie zamknęli bo wiecie że teraz to też modne niestety. Ściski najserdeczniejsze.

      Usuń
    3. Jak by zamknęli (tą filię w R. chyba zlikwidują, bo nie ma popytu), to wykupimy książki po 1 zł i zrobimy u nas wolną bibliotekę ;) W Mirsku to raczej przetrwa, bo tam wypożyczają Harlekiny i lektury szkolne.
      Wmyśliłam taki barter z Megi - ciuchy za przetwory, bardzo eko, nieprawdaż?

      Usuń
    4. Barter brzmi bosko i będę to w przyszłości starała się praktykować. :-)
      Sama kiedyś woziłam książki w Bieszczady do wsi Polana a i komputery z wielkiej duńskiej firmy, jak wymieniali zostały przekazane dla młodzieży szkolnej jako wyposażenie sali komputerowej. Można wiele tylko trzeba chcieć i czerpać inspiracje od innych. Dziewczyny no to może od wiosny będziemy (każda u siebie) propagować modę na Free Libraries? Byłoby pięknie - może włączyłby się inne blog-regiony-ludki. Ciekawa jestem czy to trzeba jakieś pozwolenie mieć na postawienie takiej szafy z książkami. Anybody?

      Usuń
    5. Na własnej działce? byle nie była trwale związana z gruntem ;-))
      Tylko czy ktoś z naszych lokalsów byłby chętny? wątpię...
      Natomiast w naszej agroturystyce hihi... będą sobie wolne książki na półkach ;-)

      Usuń
    6. Te uliczne biblioteki mnie zauroczyły!
      Jak wynajmowaliśmy pokoje, to wypożyczałam gościom nasze książki. Z powodu niemania odpowiedniej szafki/regału, były sobie one w wielkich pudłach i ludzie fajowsko sobie w nich grzebali. Niektórzy goście zostawiali swoje książki. Pierwszy raz spotkałam się wtedy z takim sposobem myślenia i zachwycił mnie.
      Co do konsumpcjonizmu, to po latach ciężkiej biedy, chętnie coś bym sobie kupiła:)

      Usuń
  2. Dzień Dobry Wam Obojgu!
    Przeczytałam Wasz blog z zapartym tchem. Prawdę powiedziawszy wcześniej były dwie próby, ale wczoraj i dziś można powiedzieć była to niekończąca się opowieść i mam nadzieje, że taką zostanie. Jestem pod wielkim wrażeniem i trzymam za was kciuki.Pracę na emigracji mam taką samą więc nie raz wydawało mi się, że piszesz o mnie, chciałabym prywatnie wymienić z Tobą Marlenko kilka słów, wiec przesyłam mojego maila jeśli nie sprawi Ci to kłopotu to bardzo proszę o kontakt.
    Pozdrawiam serdecznie
    Basia

    basiabiedrona@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięn Dobry, mail już wysłany Miło Cię gościć w tych stronach i raduje się ma paszcza, że ktoś ma przy czytaniu tyle radości. Ciekawa jestem gdzie Ty jesteś na emigracji i czy Ci tam choć trochę lepiej niż nam. :-) Czekam na wieści. pozdrowienia :-)

      Usuń
  3. Och jak sie ciesze z Twojej radosci :-)
    Fajnie, ze bedziesz duzo pisac ;-)
    Ja tez tak mam, ze coraz mniej potrzebuje. I popatrz jakie to ironiczne: swiat, w ktorym latwiej o wszelkie dobra bardziej sprzyja ograniczeniom
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bo nas to zalewa, opływa, otacza, chlupie... Ileż można. No i fajnie, że MNIEJ znaczy WIĘCEJ. pozdrowienia :-)

      Usuń
  4. Do minimalizmu mi jeszcze daleko. Nie widzę rady na moje kupowanie ksiażek (teraz przystopowałam, bo kasy brak). Nie zwiększam ilości przedmiotów, ale jestem typem, który nie lubi pustki wkoło siebie. Jakieś drobiazgi na parapecie, tu jakiś wazonik, tu łobrazecek. Nieee, tego bym się nie pozbyła. Jedzenia raczej nie marnuję, bo mam Rudą :))) (lubi zjeść wszystko!!) A tak poważnie, ze względu na moje położenie życiowe - ściubię, ale to czasem wychodzi na dobre. Z kosmetykami też jestem na bakier. Nigdy nie przesadzałam, teraz jestem dodatkowo ograniczona, ale nie narzekam. Ubrania- od lat te same. Śmieję się, ze ostatnio wydaje tylko na jedzenie, węgiel i rachunki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie tez straszliwie męczy wszechobecny konsumpcjonizm i nakręcanie na kupowanie,wydaje mi się ,ze jest wszystkiego za dużo ,że to niepotrzebne zupełnie do życia ....Dlatego ograniczam,ograniczam i uczę tego chłopaków. Zauważyłam też,że TUTAJ jeszcze bardziej udało się to ograniczyć kupowanie niż na północy - są rewelacyjne targowice - polecam Biecz, JAsło i Duklę ( Gorlic raczej nie) ,gdzie "zasilasz" miejscowych producentów - no i atmosfera - sama zobaczysz :-))) .Co do biblioteki - gorlicka strasznie okupowana i na książki dość długo się czeka,tak więc z kupowania książek wyleczyć się nie mogę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Miło czyta się takie wpisy. Cieszy mnie coraz większa świadomość tego, że to co nas otacza, nie jest wcale obowiązkowe i dobre.
    Pozdrawiam i życzę dużo szczęścia w nowym roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. owszem świadomość coraz większa ale mam i tak wrażenie, że to na razie promil i kropla w morzu, no ale kropla drąży skałę - pozdrowienia

      Usuń
  7. Witaj Polano w nowym roku,

    Ja niezależnie od tego wpisu (chyba nam podobne mysli chodzą po głowie) oznajmiłam mojej rodzinie, że za dużo mam i nie chcę być tak obdarowywana w święta i oczywiście sama tez postaram się sobie ukrócic. Długo nie trzeba było czekać na efekty moich słów :P

    PS. Tak samo jak basiabiedrona chciałabym się z Wami skontaktować a moje dwie próby na fb nie powiodły się, chyba technologia przerosła moje chęci :(

    Zostawiam więc maila i jak zechcecie to się odezwijcie: ek412@cam.ac.uk

    Pzdr Ewczy

    OdpowiedzUsuń
  8. Życie na wsi, a do tego w górach uczy minimalizmu. Jak czegoś brakuje to albo się biegnie do sąsiadów (kilkaset metrów), albo po prostu z tego się rezygnuje. U nas jeszcze te zimowe wchodzenie pod górę ogranicza konsumpcje. Gorzej z dziećmi. Można ich zamknąć i ograniczyć kontakt ze światem :-) Można tłumaczyć i dawać dobry przykład.
    Od 10 lat, tyle mieszkamy na wsi, ograniczyliśmy bardzo nasze potrzeby. Jedynie nie udaje nam się ograniczyć przejechanych kilometrów. Uwielbiamy jeździć po beskidzkich wioskach. No i przyjaciele nie mieszkają za miedzą.
    Pozdrawiam i kiedy zjeżdżacie w Beskidy na stałe? magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "można ich zamknąć" - podoba mi się :-) uśmiałam się.
      nam się marzy przemierzanie beskidzkich wioseczek rowerowo i wierzę, że będziemy to praktykować. Oczywiście dalsze wypadu autkiem. A my od maja już TAAAAM!!! :-) tadammmmm

      Usuń
  9. Minimalizm - trzy razy tak! Ale " śmieci" czyli staroci oraz ksiązek nigdy u nas za dużo, choć dom robi się graciarnią... Coś za coś. Heh....

    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehehe.... starcie i książki - obawiam się, że za jakiś czas będzie sprostowanie powyższego posta bo mam wrażenie, że od tego się nie uchronimy. ON lubi zbierać. pozdrowienia serdeczne

      Usuń
    2. STAROCIE miało być rzecz jasna :-)

      Usuń
  10. Kochana twoja postawa mi imponuje !!!! Oby tak dalej !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) dzięki serdeczne... choć nie mieliśmy nigdy zamiaru nikomu imponować ale skoro tak wyszło... :-)

      Usuń
  11. Takie zdroworozsądkowe podejście do życia bardzo nam odpowiada. W naszym przypadku nie może być inaczej... gdy się prowadzi minifirmę od 1996 r. o niszowej specjalności, dom skupiony na dzieciakach i rozwija... bez kredytów. Po 11 latach mamy wreszcie płot przed domem... i jaka to radocha... święto lasu na maksa:)))) Nie lubimy wakacji w egzotykach, super fur i nowinek modowych, to zdecydowanie nie nasza bajka. Do powtarzających się szaleństw należą wypady motocyklowe np. do Mielna na kawkę:))) koniecznie bocznymi drogami.
    Jak widzisz popieramy Wasze świadome podejście do codzienności i po latach mogę powiedzieć, że dobrze nam z tym :)))

    Ściskam w nowym roku życząc powodzenia w realizacji planów. Jak zawsze trzymam mocno kciuki:)
    Pa! Tomaszowva

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. otóż to .... BEZ KREDYTÓW - to nasz dewiza jedyna i najważniejsza. Spokojny sen stawiamy sobie jako priorytet. Dziękujemy niezmiennie za trzymanie kciuków. Każde się przydają. :-)

      Usuń
  12. Hej,
    zawsze denerwowało mnie wyrzucanie książek, od kilku lat podrzucam niechciane książki (przeczytane) na specjalną półkę do biblioteki.Początkowo panie z bibl.nie chciały ich przyjmować ale po pewnym czasie pozwoliły i całkiem dobrze to funkcjonuje. Komu coś się podoba to przygarnia. Pomysł z takimi wystawianymi książkami,prasa jest fantastyczny. Myślę,że z realizacją będzie problem! Różne pozwolenia,plany zagospodarowania itd. Pozdrawiam Danka z wwy.

    OdpowiedzUsuń
  13. danawarsaw pisze , że oddaje książki do biblioteki.Ja też przed paru laty oddawałam czasopisma przeczytane i książki z jakichś powodów niechciane do osiedlowej biblioteki.Zaprzyjaźniona pani Bibliotekarka była zachwycona., była moja najlepszą koleżanką ,zdarzało się , że jak brakło poszukiwanej przeze mnie książki w bibliotecznych zbiorach to przynosiła mi swój osobisty domowy egzemplarz.Ale to się skończyło z chwilą przejścia tej pani na emeryturę.Próbowałam potem robić to samo , niestety dowiedziałam się , że nie wolno im przyjmować książek sprzed jakiejś określonej daty ( nie pamiętam ale chyba sprzed 2000 roku !).Absurd .Ale funkcjonuje.
    A taka półka z książkami do oddania i do wzięcia bez ewidencji i prolongat czy kar za spóźnienie świetny pomysł.
    A te biblioteczki uliczne zaprezentowane na zdjęciach cudo !

    OdpowiedzUsuń